Opowieść o okrutnej księżniczce z dalekiego Wschodu, która – by uniknąć zamążpójścia – zadaje podstępne zagadki pretendentom do swojej ręki, skazując ich tym samym na śmierć, ma swoje źródła w legendach sięgających XII wieku. Od tamtej pory historia ta wielokrotnie została wykorzystana w literaturze, między innymi w zbiorze perskich legend inspirowanych „Baśniami z 1001 nocy”, a na jej podstawie powstało także wiele zapomnianych dzisiaj oper i sztuk. Dzieło Pucciniego zagwarantowało tej opowieści nieśmiertelność, a słynną arię „Nessun dorma” zna chyba każdy, zwłaszcza w mistrzowskim wykonaniu maestro Pavarottiego.

Krakowska realizacja „Turandot” z pewnością zasługuje na uwagę. Na brawa także. Bo to spektakl udany, który ogląda się z przyjemnością, a słucha z zachwytem. Reżyserka spektaklu, Karolina Sofulak, zdecydowała się zaakcentować egzotyczny, orientalny entourage, nie wysuwając go jednak na pierwszy plan. Tak też prowadzona przez nią opowieść umiejscowiona jest w jakiejś krainie fantasy, która może być wszędzie, zawieszona gdzieś w przestrzeni pomiędzy przeszłością, a nawet przyszłością. Uniwersalne jest także przesłanie spektaklu – miłość ostatecznie zawsze triumfuje. Choć nie jest w stanie uzdrowić zepsutego świata, pozwala mu się odradzać, a ludzkości pomaga odzyskać zagubioną gdzieś pod drodze siłę i hart ducha. Debiut Karoliny Sofulak na scenie Opery Krakowskiej można więc obwołać udanym. Nieco gorzej na tym tle wypada debiut autorki kostiumów i scenografii, Ilony Binarsch. Rozumiem chęć wykazania spójności pomiędzy akcją a kostiumem, jednak więcej wiary w publiczność – aspektu sensualności Turandot nie trzeba akcentować explicite w kostiumach tancerek, ani w siermiężnie otwierającej i zamykającej się … dziurce (nie od klucza!).

Na wielkie brawa zasłużyła Orkiestra Opery Krakowskiej pod dyrekcją Tomasza Tokarczyka, który sprawił, że wszelkie muzyczne niuanse, również te orientalne, wybrzmiały doskonale. Chór pod kierownictwem Joanny Wójtowicz i Janusza Wierzgacza, wzbogacony chórem dziecięcym przygotowanym przez Beatę i Marka Kluzów, wykazał się niezwykłą ekspresją i wyczuciem akcji scenicznej. Brzmiał jak nigdy dotąd. Choreografia subtelnie dopełniła dzieła, jak zawsze solidnie przygotowana przez Monikę Myśliwiec.

Premierowa obsada spełniła swoje wokalno-aktorskie zadania na dość wyrównanym poziomie. Żałuję tylko, że nikt mnie szczególnie nie zachwycił. Z pewnością na uznanie zasługuje Dominik Sutowicz w roli Kalafa, niemniej w jego śpiewie zabrakło subtelności – drażniło nieco zbyt agresywne atakowanie dźwięków. Wiolettę Chodowicz pamiętam jako znakomitą Butterfly –  tym razem miałam wrażenie, że nie do końca „polubiła się” z partią Turandot. Na wyróżnienie zasłużyła Katarzyna Oleś-Blacha. Dyskretnie i przekonująco poprowadziła partię Liu, która w imię miłości decyduje się poświęcić swoje życie. Jako stary Timur nieco zbyt młodzieńczo, ale poprawnie brzmiał Wojtek Gierlach. Trudne zadanie miał przed sobą Piotr Kusiewicz, kreujący rolę Cesarza Altouma. Duet reżysersko-scenograficzny z niezrozumiałych przyczyn postawił go w niekomfortowej sytuacji, zastawiając drogę jego śpiewu przeszkodą w postaci przegrody z plexi, przez co nie miał możliwości zaprezentowania swoich niewątpliwych możliwości wokalnych bez nagłośnienia. Trio dostojników cesarza – Ping: Jacek Jaskuła, Pong: Łukasz Gaj oraz Pang: Adrian Domarecki wywiązało się poprawnie z narzuconych zadań, choć nieco drażniła mnie konwencja narzucona ich postaciom. Jako groźny Mandaryn przed  premierową publicznością wystąpił z sukcesem Adam Szerszeń.

Spektakl „Turandot” w Operze Krakowskiej zobaczyć trzeba. Zasługuje na to jako widowisko barwne, ciekawie i oryginalnie zaprezentowane oraz pięknie brzmiące.