O spektaklu  „Marlena. Ostatni koncert” w reżyserii Józefa Opalskiego pisaliśmy przy okazji jego premiery, która odbyła się w Teatrze Polskim w Warszawie w 2017 roku: http://nascenie.info/marlena-dietrich-teatrze-polskim-warszawie/. Joanna Szulborska-Łukaszewicz obejrzała to przedstawienie całkiem niedawno – poniżej zamieszczamy Jej recenzję.

„Podaj mi Marlenę!”

Nie wszystkim dany jest ostatni koncert. Niektórzy odchodzą w sile wieku. Nie dane im obserwować zmian zachodzących w otaczającym świecie, wspominać, dyktować zapisków… Może to i dar losu, że nie doświadczają starości i niedołężności, bo z tymi trudno się pogodzić. Człowiek dojrzały zwykle czuje się jakby wciąż miał dwadzieścia lat i tylko okrutne lustra bezlitośnie obnażają upływ czasu. Bohaterka spektaklu Józefa Opalskiego z niechęcią patrzy w lustro. Żąda „podania jej Marleny” (utożsamianej z peruką), choć ma świadomość, że sama peruka to za mało. Czas pozostawił więcej śladów. I nie da się ich ukryć pod żadnym kostiumem ani makijażem.

A przecież przez lata lustro było jej sprzymierzeńcem. Piękna Marlena (Izabella Bukowska-Chądzyńska) chętnie przegląda się w lustrach – pełno jej na scenie. To zasługa scenografii Pawła Dobrzyckiego (autora wielu znakomitych projektów scenograficznych do spektakli dramatycznych i operowych). Lustra mnożą zarówno „Błękitnego Anioła”, jak i jeden z istotnych elementów scenografii, a zapewne i życia artystki – jej kufer (symbol podróży i życia „na walizkach” – od koncertu do koncertu). Obraz Marleny odbija się nie tylko w lustrze, ale i w słowach – zarówno jej samej, jej sekretarki, ale także przyjaciół-partnerów, wywoływanych na scenę z przeszłości przez starą, zniedołężniałą Marlenę (Grażyna Barszczewska).

Fabuła spektaklu „Marlena. Ostatni koncert” zdaje się być banalna, ale jej bohaterowie nie są przypadkowi: Jean Gabin, Kirk Douglas, Ernest Hemingway, Erich Maria Remarque, Zbigniew Cybulski, David Bowie (przystojniejszy od Barysznikowa!)… I Marlena Dietrich oczywiście.

Struktura spektaklu to ciąg przeplatających się ze sobą scen, łączących dwa światy: świat sukcesów, sławy i wielkich namiętności – przyćmiony jednak wojną oraz świat wspomnień, ograniczony niedołężnością fizyczną bohaterki do przestrzeni jednego łóżka. Za pomocą scen-fotografii w niezwykle syntetyczny sposób przedstawiane są (świetnie wybrane przez reżysera spektaklu – Józefa Opalskiego i autora scenariusza – Janusza Majcherka) epizody z życia Dietrich. W rolę młodej Marleny wciela się na scenie Izabella Bukowska. Oba światy w spójną opowieść łączy stara Marlena – znakomita w tej roli Grażyna Barszczewska. Stworzyła ona na scenie portret psychologiczny starej, pełnej lęków, uzależnionej od alkoholu kobiety, która zamyka się w świecie wspomnień, ucieka od realnych kontaktów, aby za wszelką cenę ocalić mit i wizerunek „Błękitnego Anioła”. Jakby anioły musiały być wiecznie młode i wiecznie błękitne…

To pełen dynamiki spektakl o życiu, ale i o starości, z którą każdemu z nas trudno się pogodzić, która ogranicza nas fizycznie, o samotności i umieraniu, o świecie, w którym nie ma już tych, z którymi łączyły nas wspólne sprawy, a jeśli są jeszcze to z banalnych powodów rezygnujemy z tych kontaktów (długie to zdanie i ciut niezgrabne, sugerowałabym skrócić i zakończyć na „wspólne sprawy). Jak pogodzić się z niedołężnością, fizjologią, starością, która zawsze zaskakuje nas w lustrze? Samotność z wyboru? Marlena, jako świetna aktorka, znakomicie wciela się w rolę swojej sekretarki, zbywając dawnych przyjaciół – komunikuje, że „Madame nie ma w domu”. Nie mogą przecież zobaczyć, że stała się zniedołężniałą, pomarszczoną staruszką.

Istotnym wątkiem, który pojawia się w spektaklu jest opowieść o świecie filmu: plan filmowy był niegdyś przestrzenią, w której budowane były realne, nie tylko filmowe relacje i kontakty. Raz jeden Marlena decyduje się znów zagrać: ze względu na partnera. Chce go poznać. I tu rozczarowanie: sceny z Bowie’m już nakręcono, w Berlinie. „Spotkacie się na stole montażowym” – usłyszała.

Poruszające są przemyślenia Marleny na temat ojczyzny („Ojczyzno, czy mi wybaczyłaś?”). Urodziła się Niemką i czuła się Niemką. Opowiadając się przeciw nazistom i faszyzmowi, wyjechała do Ameryki, gdzie wspierała na froncie żołnierzy amerykańskich walczących z faszyzmem. Gdy po wojnie przyjechała do Niemiec, musiała zmierzyć się z tym, co dziś nazywamy nacjonalistycznym „hejtem”. Barszczewska tworzy znakomity portret kobiety, która – zamknąwszy się przed światem – każdego dnia dokonuje swoistego rozrachunku z przeszłością. Zastanawia się, czy mogła mieć wpływ na losy świata? Czy gdyby nie odmówiła Hitlerowi powrotu z Ameryki do Niemiec, mogłaby odwieść go od wojennych planów? Idąc tym tropem, mogłaby równie dobrze postawić pytanie, jaka byłaby Marlena Dietrich, gdyby nie splot dziejów, w których tryby się dostała?

Świetna, prosta scenografia Pawła Dobrzyckiego sprzyja aktorom. Klimat współtworzą znakomicie ustawione światła. I znów lustra. Mnożą się w nich Marleny. Na scenie pojawiają się m. in. Igo Sym, Erich Maria Remarque, który swoją Pumę uczynił bohaterką słynnej znakomitej powieści „Łuk triumfalny”, czy Zbyszek Cybulski, którego Dietrich poznała w 1966 roku. W tle – oprócz songów – poezja Konstantyna Paustowskiego i Rainera M. Rilke’go. W lustrach mnożą się walizki, bohaterowie, wszystko zlewa się. Jak po whisky. Nie wiadomo kto, kiedy i gdzie… Z milionów klisz powstaje jeden obraz, który jak sekundowy rozbłysk ginie i umyka w wieczności.

Jak zawsze w spektaklach Józefa Opalskiego jest fabuła, są bohaterowie. Jest aktorstwo, nie improwizacja. Jest Marlena – wielka aktorka i jest Marlena – wielka piosenkarka. Dwa wcielenia Marleny Dietrich: wielki teatr dzieje się, kiedy na scenie jest Marlena-Barszczewska; świetna piosenkarka i artystka estradowa pojawia się, kiedy śpiewa Marlena-Bukowska…

Spektakl jest niezwykle poetycki, a jednocześnie przejmujący. Z pewnością łączy różne prawdy i perspektywy – prawdę samej Marleny, jej partnerów i przyjaciół, prawdę mediów i przede wszystkim prawdy autora scenariusza i reżysera spektaklu. Czy rzeczywiście tak było? To nie ma znaczenia. To przecież nie tylko opowieść o Marlenie Dietrich, nie tylko historia sławy i samotności… To także spektakl dotyczący spraw, z którymi mniej lub bardziej świadomie boryka się każdy z nas. Całe życie mierzymy się z czasem, próbując go w różny sposób zatrzymać, a jednak „nie da się powstrzymać świata, nawet na chwilę tak krótką, jak oddech”.

W zdominowanym przez konwencje postdramatyczne teatrze coraz mniej miejsca na teatr dramatyczny, teatr, w którym znajdujemy tradycyjnie pojmowaną fabułę, w którym bohaterowie – dzięki znakomitemu aktorstwu tych, którzy wcielają się w role – opowiadają, komentują świat i prowokują do myślenia. Wszystkich, których znużył teatr postdramatyczny, zachęcam do wizyty w Teatrze Polskim im. Arnolda Szyfmana w Warszawie, gdzie na Scenie Kameralnej im. Sławomira Mrożka można obejrzeć spektakl „Marlena. Ostatni koncert”. Choć premiera odbyła się w 2017 roku, to – podobnie jak Marlena – spektakl się nie starzeje! A w pamięci na długo pozostają świetnie wykonane przez Marlenę-Bukowską songi z muzyką na żywo (przy fortepianie Aleksander Dębicz) i jej koncert na pile (której oryginał można podobno oglądać w muzeum Marleny Dietrich w Berlinie).

Nikomu nie trzeba przedstawiać Józefa Opalskiego, a jednak przywołam kilka jego spektakli, które z różnych powodów noszę głęboko w pamięci. To znakomite „Tango Piazzola” w Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie (2007), „Kurt Weill, czyli o samotności kobiet” – koprodukcja Teatru Łaźnia i krakowskiej PWST (2000), „Niżyński. Zapiski z otchłani” w Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie (2013), „Jednoaktówki Janusza Głowackiego” w krakowskim Teatrze Barakah (2017).


„Marlena. Ostatni koncert”, reżyseria: Józef Opalski, scenografia: Paweł Dobrzycki, scenariusz: Janusz Majcherek, premiera 27.10.2017, Teatr Polski im. Arnolda Szyfmana w Warszawie – Scena Kameralna im. Sławomira Mrożka