Ruszyła jubileuszowa edycja Festiwalu Komedii Talia 2021- tarnowskie święto miłośników spektakli pod opieką tej muzy odbyło się bowiem po raz pierwszy w roku 1997. Przypomniał o tym, otwierając festiwal, prezydent Tarnowa Roman Ciepiela, który piastował ową funkcję także wtedy i wsparł pomysł organizacji ogólnopolskiego festiwalu. Gospodarz tegorocznej Talii, dyrektor Teatru im. J. Solskiego Rafał Balawejder obdarowany został przy tej okazji pamiątkową tablicą z talią kart oraz czekiem.

Na inaugurację zagrany został spektakl Teatru Żydowskiego im. Estery Rachel i Idy Kamińskich „Circus Kafka”. Przedstawienie na motywach książki Podróż, której nigdy nie było Remigiusza Grzeli wg. scenariusza i w reżyserii Michała Walczaka, który napisał także teksty piosenek. Zanim widzowie nagrodzili zespół gromką owacją, dosyć długo czekali na jakąś przekonująco dobrą scenę; miało się wrażenie, że spektakl nie może się zacząć, choć trwa coraz dłużej. Muzykę skomponowała Marta Zalewska, bardzo dobrze prezentowała się ona w większości piosenek oraz w bardzo udanych scenach zbiorowych, aktorsko i wokalnie oraz choreograficznie zespół wzbudzał szacunek i podziw, kostiumy i przestrzeń współgrały  z aktorami. Teksty opisujące skądinąd bardzo ciekawy zestaw postaci zaczerpniętych tak z dzieła, jak i biografii Franza Kafki, nie pomagały w rozwoju akcji. Jakby autor zapomniał o usunięciu przerostów nie posuwających akcji, a reżyser go nie skorygował. W tej części spektaklu niepodzielnie królowała Morfinka, w tej roli gościnnie Katarzyna Koziorz, której już nie taniec, a pływanie w przestrzeni sceny było zjawiskiem fascynującym. Aż wreszcie widzowie doczekali się sceny znakomitej pod każdym względem, świetnie napisanej i rozegranej bezbłędnie. Spotkanie Migrenki Księgarenki (Małgorzata Majewska) z Franzem Kafką (Joanna Przybyłowska) publiczność przyjęła żywiołowo i nagrodziła brawami. Po tej scenie zaczęło się już wszystko układać, nie zabrakło ani humoru, ani chwili zadumy, a rzęsiste brawa podsumowały ten w wielu aspektach ciekawy spektakl.

CIRCUS KAFKA

  CIRCUS KAFKA

Reżyseria i teksty piosenek: Michał Walczak
Scenariusz na motywach książki Remigiusza Grzeli: Michał Walczak
Muzyka: Marta Zalewska 
Scenografia i kostiumy: Joanna Walisiak
Choreografia: Piotr Stanek
Kamera, dźwięk, światło, montaż: Piotr Pawlus
Reżyseria świateł: Mariusz Jarosz 
Przygotowanie wokalne: Teresa Wrońska

Obsada:

Marcin Błaszak -Siłacz Breitbart
Ewa Dąbrowska – Madame Czyżyk
Małgorzata Majewska – Migrenka Księgarenka
Sylwia Najah – Felicja Bauer
Joanna Przybyłowska – Franz Kafka
Henryk Rajfer – Ojciec Dyrektor
Rafał Rutowicz – Icchak Levi
Piotr Sierecki – Harry Houdini
Monika Soszka – Gregor Samsa
Alina Świdowska – Otla, siostra Kafki
Gołda Tencer – Ministra Karnawału
Ewa Tucholska – Michał Waszyński
Maciej Winkler – Doktor Caligari
Ernestyna Winnicka – Dyrektorowa/ Matka Kafki


Obsada dodatkowa:


Sabina Drąg (Flora Klug),

Katarzyna Koziorz (Morfina),

Michał Słomka (Max Brod),

Piotr Stanek (Kafkoid)


Tadeusz Łomnicki wyreżyserował farsę, która otrzymała GRAND PRIX w roku 2019, podczas ostatniej edycji TALII z bezpośrednim udziałem publiczności. Perfekcyjnie rozegrane przedstawienie pozbawione było jakiegokolwiek grania „pod publiczkę”, farsowe tempo oraz absurdalne sytuacje i dialogi miały swoją sceniczną wiarygodność, a postaci były uwikłanymi w splot dziwnych okoliczności ludźmi. Zatem przedstawieniu było bliżej do komedii, niż większości fars, jakie mogłem w życiu zobaczyć. W tegorocznej edycji zaproszony do Teatru im. Ludwika Solskiego w Tarnowie aktor i reżyser podjął się zrealizowania klasyki gatunku, której autorem jest Ray Cooney.  „Mayday. RUN FOR YOUR WIFE” zatytułowany został spektakl, który zmierza ku komedii jeszcze wyraźniej, niż ostatnio nagrodzony. Zapowiada to już prolog, oniryczna wizja Mary Smith, którą gra Matylda Baczyńska, laureatka nagrody aktorskiej w roku 2019. Cały zespól zagrał bardzo dobrze, powiedzmy to sobie od razu. Reżyser osadził akcję w realiach angielskich lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, a więc nadał pewien cudzysłów ale i nutę nostalgii rozgrywanym wydarzeniom. W pewnym momencie John Smith (do kolekcji dobrych ról Filip Kowalczyk dorzucił wybitną) mówi po rosyjsku, co stanowi wyraźne nawiązanie do brytyjskiej komedii filmowej „Rybka zwana Wandą”- dziś już kultowej, będącej ikoną kinematografii tamtej epoki. Żaden z wykonawców nie mruga do widowni, ale czyni to, nader subtelnie, reżyser, sceną tańca. Nagle aktorzy wykonują popisowy numer taneczny, stanowiący osobny fragment przedstawienia, niejako demaskujący sceniczną iluzję, co tylko podkreśla umowność teatralnej zabawy. Po tym przerywniku, efektownym trzeba przyznać, powracają do szaleńczej akcji w jakiej sytuuje ich autor i reżyser. Komediowe podejście nie pozbawiło przedstawienia farsowego tempa i humoru, śmiech widowni był tego najlepszym dowodem. Nie zabrakło także pozytywnych zaskoczeń. Dla mnie takimi były na przykład przynajmniej dwie dotąd nie wymienione role. Bardzo wysoko cenię aktorstwo Aleksandra Fiałka, ale jako Stanley Gardner był po prostu świetny. Jerzy Pal, którego na scenie oglądam od dziesiątków lat, zagrał koncertowo. Gospodarze Talii zaprezentowali się z jak najlepszej strony.

fot. Paweł Topolski

Lekcja obowiązkowa dla każdego, kto stara się zrozumieć polskie społeczeństwo, dociec źródeł jego zachowań, kompleksów i lęków. Koncert aktorskiej gry, pokaz wokalnych umiejętności, znakomity tekst Ziemowita Szczerka to tylko niektóre z zalet spektaklu „Kazik, ja tylko żartowałem” Teatru Nowego Proxima w Krakowie. Uwaga! Artyści polskiej estrady, omijajcie ten spektakl, nie ryzykujcie! Po tym, jak zaśpiewał „Jolkę” Piotr Sieklucki, niejeden z was zrozumie, że umiecie za mało, żeby się z tym utworem mierzyć. Pełen swobody aktorskiej, a jednocześnie oparty na świetnym warsztacie spektakl jest po trosze stand-up’em, kabaretem, a wreszcie koncertem. Bawi, śmieszy, ale też zapada mocno w pamięć, to przedstawienie, które wspomina się długo po wyjściu z teatru. W pewnym momencie na scenie pojawia się Katarzyna Chlebny, której wykonanie utworu Kory może stanowić lekcję dla naśladowniczek wielkiej piosenkarki, a raczej niedościgły wzór, jak w pełni zachowując charakter pierwowzoru dołożyć do niego własną osobowość. Mikre i nieudolne naśladowniczki Kory, nie oglądajcie tego spektaklu, bo grozi wam to, że nie odważycie się już więcej sięgnąć po jej dzieła. Z drugiej strony to właśnie chodźcie i może przestaniecie śpiewać utwory, do których wykonania nie dorastacie? Scena spotkania obojga bohaterów oraz ich ślub, to momenty, o którym nie zapomni się długo, a jest ich w przedstawieniu więcej. Grająca na żywo czteroosobowa kapela zmuszona do dialogowania robi to bezpretensjonalnie i rozbrajająco dobrze, po prostu w tym przedstawieniu wszystko jest na swoim miejscu. Wielka w tym zasługa reżysera, który po raz kolejny radzi sobie doskonale. Mam tylko jedną wątpliwość: nie wiem czy tym razem Siekluckiego reżysera nie przyćmił Sieklucki aktor, ale może ponowie sami to rozstrzygną, bo choć są mocnymi osobowościami, potrafią się ze sobą współpracować.