Choć od napisania Zemsty minęły dwa wieki, tekst Fredry nadal bawi, a jego poczucie humoru nie zdezaktualizowało się ani trochę. Utwory komediopisarza oparły się próbie czasu, a kwestie, które w nich porusza, nie straciły na aktualności.

Reżyser najnowszej krakowskiej premiery Zemsty, Anna Augustynowicz, nie zaingerowała w źródłowy tekst. Jej spektakl jest pod tym względem klasyczny. Obnaża polskie przywary – butę, kabotynizm, małostkowość, protekcjonalność i megalomanię budując jednocześnie przekonanie, że przez dwieście lat mentalność człowieka nie uległa żadnej zasadniczej zmianie. Wraz z cywilizacyjnym postępem, transformacji uległ świat, nastąpiła rewolucja w modzie i obyczajach, ale pod kątem aspektów społecznych jesteśmy cały czas tacy sami. Już sam tytuł w naszych krajowych dzisiejszych realiach jest niezwykle sugestywny, a ponieważ przedstawienie nie jest zamknięte ramą czasową, Anna Augustynowicz odchodzi od Polski szlacheckiej i pyta – w jaki sposób dzisiaj Cześnik i Rejent walczyliby ze sobą, co tak naprawdę dzieli mur, czy nie stanowi on przypadkiem metafory podzielonej na dwie części ojczyzny?

Maciej Jackowski gra z wielkim wyczuciem komediowego stylu tworząc rolę charakterystyczną, barwną i żywiołową. Doskonale wychwytuje niuanse tekstu Fredry, budując postać Cześnika doskonałym mocnym głosem i znakomitą dykcją. Świetna kreacja sceniczna to niewątpliwie rezultat dopracowanego i dojrzałego warsztatu aktorskiego. Natomiast Marcin Sianko jako rywal Cześnika Raptusiewicza – Rejent Milczek nieco mnie zawiódł. Zwykle aktor kreuje ciekawe role, pełne uroku i bogate w środki wyrazu. Tutaj miałam wrażenie, że jest po prostu nijaki. Rola Papkina w dzisiejszych czasach nabiera szczególnego znaczenia – ilóż to takich aroganckich i butnych „Papkinów” każdy z nas spotyka na co dzień! Feliks Szajnert, pomimo dużego doświadczenia i dorobku aktorskiego nie był niestety wystarczająco przekonujący w tej kluczowej dla spektaklu roli. Miałam spory kłopot ze zrozumieniem podawanych przez niego tekstów. Hanna Bieluszko z wielkim wdziękiem i klasą zbudowała postać Podstoliny, niesfornej i energicznej wdowy skorej do zawarcia kolejnego mariażu. Jej dostojny sposób poruszania się, gra z przymrużeniem oka, akcent rodem z przedwojennych filmów i mocno zaznaczony seksapil czynią jej Podstolinę zalotną i po prostu miłą w odbiorze. Druga kobieca postać, Klara, grana przez młodziutką Karolinę Kamińską, także wypadła bardzo pozytywnie. Aktorka zaprezentowała swoją Klarę w sposób dojrzały i wyrazisty, z dbałością o staranność techniki aktorskiej. Mateusz Bieryt jako Wacław w tym zestawieniu zagrał dość blado. Najwyraźniej zabrakło mu pomysłu na stworzenie kreacji ze współczesnym wydźwiękiem, choć z pewnością tchnął w swojego Wacława dobrą, młodą energię. Daniel Malchar, bardzo zdolny aktor młodego pokolenia, mimo iż przypadły mu w udziale role Dyndalskiego, Śmigalskiego i Perełki, nie miał okazji do zaprezentowania swoich możliwości i umiejętności, ale zadania, które dostał, wypełnił w stu procentach.

Anna Augustynowicz w dość intensywny sposób skupiła się na ukazaniu pychy i innych wad fredrowskich bohaterów. Niestety całkowicie pozbawiła ich koloru. Postawiła na modernistyczny „look” aktorów, na ascetyczną scenografię typu „nigdzie czyli wszędzie” i narzuciła nieco trudny do zniesienia luz w grze aktorskiej. Dekoloryzacja strojów i sceny miała – jak przypuszczam – zaakcentować i uwypuklić  tekst w kontekście „tu i teraz”, jednak zamysł nie do końca się sprawdził. Ujęcie tekstu Fredry w sposób postmodernistyczny nie miało uzasadnienia, a pozbawienie koloru barwnej z założenia sztuki nieco ją oszpeciło i po prostu zubożyło.

Spory i waśnie z fredrowskiej Zemsty, zarówno te prywatne, polityczne jak i społeczne wciąż są aktualne. Ponadczasowość to wielka siła genialnego tekstu. I właśnie tekstem obroni się każda nowa inscenizacja sztuki Fredry, pomimo realizacyjnych potknięć czy niedociągnięć. Trudno mówić o sukcesie krakowskiej realizacji, ponieważ na tle wielu innych, znakomitych częstokroć inscenizacji, wypada – dosłownie i w przenośni – bezbarwnie. Niemniej warto docenić chęć spojrzenia na arcydzieło Fredry z nieco innej, bo dzisiejszej perspektywy. Zobaczcie więc i sami oceńcie.

 

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ