fot. z archiwum artystki
fot. z archiwum artystki

Anna Treter to piosenkarka kojarzona przede wszystkim z popularną krakowską grupą „Pod Budą”. Zespół nagrał trzynaście  płyt mających dziś status platynowych, zarejestrował także wiele recitali telewizyjnych, uczestniczył we wszystkich większych festiwalach, zagrał kilka tysięcy koncertów. Jednakże solistka grupy funkcjonuje także samodzielnie –  nagrywa własne płyty, a poprzez działającą już od dziewięciu lat własną ,,Fundację Piosenkarnia” propaguje piosenkę literacką. Najważniejszym wydarzeniem artystycznym fundacji jest ,,Festiwal Twórczości Korowód”, którego Anna Treter jest dyrektorem,  koncert galowy festiwalu jest jednym z największych wydarzeń muzycznych w Polsce, a koncert laureatów konkursu jest transmitowany bezpośrednio na antenie radiowej Trójki.

Mało kto wie, że Anna Treter o mały włos nie została śpiewaczką operową. W zaciszu jednej z krakowskich kawiarni rozmawiamy o muzyce, artystach oraz … zbiegach okoliczności, które spowodowały, że Pani Anna śpiewa dla nas na estradzie, a nie na deskach teatrów operowych.

Anna Małachowska: Muzyka towarzyszy Pani niemalże od zawsze, od dziecka grała Pani na fortepianie…

Anna Treter: Pochodzę z domu, w którym obowiązywał wielki szacunek do muzyki, a wszyscy muzykowali, choć amatorsko. Moja mama miała   zostać śpiewaczką operową, niestety wojna zniweczyła te plany. Od piątego roku życia uczęszczałam do ogniska muzycznego, później do szkoły muzycznej, uczyłam się w klasie fortepianu. Przeszłam kolejno wszystkie etapy muzycznej edukacji, choć nie było to łatwe. Pochodzę z Kielc, gdzie nie było szkoły muzycznej, która kształciłaby równolegle muzycznie i ogólnie. Musiałam więc chodzić do dwóch szkół. Będąc w szkole muzycznej II stopnia rozpoczęłam naukę śpiewu.

A.M. To był śpiew klasyczny, operowy…

A.T. Tak, dokładnie tak. Nie istniała klasa wokalna inna niż edukująca pod kątem śpiewu operowego. Mam na myśli jazz, czy w ogóle muzykę rozrywkową. Jeśli chciałam śpiewać, to tylko klasycznie. I przez kilka lat takiego właśnie śpiewu się uczyłam. Zdawałam nawet na studia do Wyższej Szkoły Muzycznej w Łodzi na wydział wokalno-aktorski, ale się nie dostałam… To był taki czas, kiedy tworzono klasy operowe i na konkretny rodzaj głosu zapewniano tylko jedno miejsce. Ja byłam sopranem koloraturowym – sama w to nie mogę dziś uwierzyć – ale niestety, albo może na szczęście (śmiech) znalazła się lepsza ode mnie kandydatka, którą na to jedno jedyne sopranowe miejsce przyjęto.

A.M. Żałuje Pani?

A.T. Nie, absolutnie nie. Patrząc na to, jak ciężko jest przebić się śpiewakom operowym do czołówki wokalnej, jak wysoko stawiana jest poprzeczka,  nie żałuję. Uroda, świetny głos będący zawsze w najlepszej formie, do tego duże wymagania aktorskie to bardzo trudne do zrealizowania zadania. Myślę, że estrada jest zdecydowanie bardziej przyjazna.

A.M. Trudno chyba było przestawić się na inny rodzaj śpiewu? Wszak to zupełnie inny warsztat, inne mechanizmy!

A.T. Musiałam przede wszystkim pozbyć się specyficznej maniery, z jaką śpiewa się w operze. Piosenka literacka wymaga zupełnie innej metody używania głosu. W  inny sposób ustawia się gardło, przeponę, inna jest artykulacja. Na szczęście nie uczyłam się operowego śpiewu na tyle długo, by nie móc wyzwolić się z jego specyfiki.

A.M. Znalazła się Pani w Krakowie, w zupełnie nie muzycznej rzeczywistości, jaką były studia na Akademii Ekonomicznej…

A.T. Mój tato był pragmatykiem i twierdził, że można sobie oczywiście śpiewać, ale trzeba też  mieć konkretny zawód. Więc po mojej łódzkiej porażce, przeniosłam się do Krakowa. Rodzina mieszkała jednak w Kielcach, więc podróżowałam bardzo często na trasie Kraków-Kielce pociągiem.

A.M. I w tym pociągu odnalazła Pani swoje zawodowe przeznaczenie  …

A.T. To było na II roku studiów. W czasie podróży poznałam jednego z członków krakowskiego kabaretu „Pod Budą”. Akurat byli na etapie szukania osoby grającej na fortepianie. Ponieważ miałam w tym niemałą wprawę – oprócz dyplomu szkoły muzycznej, przez całe liceum byłam odpowiedzialna za muzyczną oprawę szkolnych akademii, prowadziłam kabaret i komponowałam piosenki – zgodziłam się dołączyć do grupy. Choć bez specjalnego przekonania. Miałam dobre wyniki w nauce (choć za ekonomią, delikatnie mówiąc, nie przepadałam), natomiast zdawałam sobie sprawę, czym może „grozić” związek z tak zwaną „podkasaną muzą”…

A.M. Przez długi czas akompaniowała Pani aktorom kabaretu, jednak nastąpił moment, kiedy zauważono Pani potencjał wokalny.

A.T. Zaczęłam śpiewać najpierw z własnym akompaniamentem, później skład muzyczny zespołu poszerzył się o skrzypce i gitarę. Po jakimś czasie dołączył do nas Andrzej Sikorowski. Muzykę komponował mój mąż, Jan Hnatowicz, do tekstów poetyckich pisanych dla naszej grupy oraz do wierszy znanych poetów. Oficjalne rozpoczęcie działalności zespołu „Pod Budą” przypada na 1977 rok  – występ na Famie w Świnoujściu.

A.M. Zdecydowała się Pani jednak na solową karierę…

A.T. Jestem cały czas wokalistką, solistką grupy „Pod Budą”, z którą się identyfikuję od niemalże czterdziestu lat.  Ale w pewnym momencie życia poczułam potrzebę pisania własnych tekstów. Natchnienie, zgromadzone doświadczenia, obserwacje dojrzałej kobiety – to wszystko skłoniło mnie do upublicznienia tego, co jest we mnie i czym chcę się dzielić z innymi ludźmi.

A.M. Dzieli się Pani także swoim doświadczeniem i umiejętnościami z młodzieżą chcącą zaistnieć w poetyckim świecie piosenki…

A.T. Na piosenkach Grupy „Pod Budą” wychowuje się kolejne pokolenie. To niesamowita radość i duma. Nagrałam cztery autorskie płyty, a moje solowe koncerty także cieszą się popularnością. To nie ma być autoreklama (śmiech). Po prostu w tym tkwił zalążek pomysłu stworzenia mojej fundacji . Jest mnóstwo młodych, zdolnych ludzi, śpiewających wartościowe autorskie piosenki, którym można, a nawet powinno się ułatwić start i zaistnienie w muzycznym świecie. Nie wszyscy decydują się na udział w popularnych obecnie talent-show. Po to właśnie stworzyłam  fundację. Zaczęło się od spotkań z młodzieżą, debiutantami, początkującymi artystami w jednym z krakowskich klubów. Wykorzystałam też prywatne znajomości z ludźmi estrady, znanymi nazwiskami, aby zbliżyć młodych muzyków do gwiazd wielkiego formatu. „Piosenkarnia” istnieje od 2007 roku i ma się jak dotąd bardzo dobrze.

A.M. Najważniejszym wydarzeniem artystycznym wykreowanym przez Pani fundację jest coroczny,, Festiwal Twórczości KOROWÓD”.

A.T. To moja wielka duma. I ogrom pracy. Festiwal składa się z kilku elementów – konkursów, recitali autorskich oraz koncertu galowego, który co roku poświęcony jest innemu wybitnemu twórcy. Do udziału w nim zapraszam znanych i lubianych, jednym słowem gwiazdy polskiej estrady. Koncert laureatów w całości i bezpośrednio transmitowany jest przez Program III Polskiego Radia, natomiast pomimo kilkuletnich wysiłków nie udaje mi się  zainteresować nim telewizji. Nie rozumiem tego i nie ukrywam, że mam żal do decydentów za brak chęci propagowania muzycznej kultury z wysokiej półki w swoich stacjach.

A.M. Kto jest idolem Anny Treter?

A.T. Zdecydowanie dwa wielkie polskie nazwiska – Ewa Demarczyk, z którą dane mi było nawet wystąpić we wspólnym koncercie oraz Maryla Rodowicz. Obie wokalistki cenię za klasę, profesjonalizm oraz znakomite wykonawstwo doborowych tekstów. Bo tekst piosenki to sprawa bardzo ważna. Nie można śpiewać o byle czym. Wsłuchując się w teksty obu pań, można wyczuć nastrój, emocje, uczucia. Mamy w nich wszystko to, co powinno stanowić kanwę piosenki literackiej sensu stricte. Bo piosenka literacka to piękna rzecz!

A.M. Niech dobra passa piosenki literackiej trwa nadal, tym bardziej że polska tradycja w tym zakresie jest niezwykle bogata. Pani pięknie dba o ciągłość i popularyzację tego muzycznego gatunku.

Bardzo dziękuję za rozmowę!

źródło: kulturalnyswiatani.blogspot.com

ZOSTAW ODPOWIEDŹ