fot. Centrum Kultury i Wypoczynku w Andrychowie

Spotkanie z wybitnym artystą to zawsze ogromna przyjemność, a zwłaszcza wtedy, kiedy wielka gwiazda sceny i ekranu okazuje się być szczerym i skromnym człowiekiem. Taki własnie jest Daniel Olbrychski, dlatego warto poznać jego wspomnienia oraz refleksje na temat teatru i kina. 

Anna Małachowska: Jednym z głównych celów naszego portalu jest dyskusja na temat istoty, kondycji i przyszłości teatru. Jaka jest zatem rola teatru według Mistrza Daniela Olbrychskiego?

Daniel Olbrychski: Istota teatru jest pięknie opisana w Hamlecie, którego zagrałem blisko 400 razy w pierwszej połowie lat 70. w Teatrze Narodowym. W scenie, kiedy do Elsynoru przyjeżdżają aktorzy, którzy mają zainscenizować tam sztukę, Hamlet instruuje ich: Wszystko, co przesadzone, przeciwne jest zamiarowi teatru, którego przeznaczeniem, jak dawniej tak i teraz, było i jest służyć niejako za zwierciadło naturze, pokazywać cnocie własne jej rysy, żywy jej obraz, a światu i duchowi wieku postać ich i piętno.” Ja się w pełni zgadzam z tym cytatem, bo najpiękniej opisuje on to, czym jest teatr.

Anna Małachowska: Występował Pan u wielkich reżyserów. Pośród polskich byli między innymi Wajda, Zanussi, Hoffman, a z zagranicznych Michałkow czy Lelouch. Z którym z nich najlepiej się Panu pracowało, a który Pana zaskoczył?

Daniel Olbrychski: Och, pośród tych zagranicznych byli też inni – Philip Kaufman, który wyreżyserował „Nieznośną lekkość bytu” czy Philip Noyce, reżyser filmu „Salt”. Współpracowałem z reżyserami amerykańskimi, włoskimi, niemieckimi. Jednak niedościgłym wzorem z całej tej filmowej światowej plejady był dla mnie i pozostanie na zawsze Andrzej Wajda. Myślę z resztą, że nie tylko dla mnie, ale też dla wielu innych aktorów, którzy z nim pracowali. Jeśli chodzi o teatr, to jedynym takim moim ojcem teatralnym był Adam Hanuszkiewicz. Ale wspaniale współpracowało mi się zawsze z Krzysztofem Jasińskim, czy to w krakowskim Teatrze Stu, czy w Teatrze Polskim w Warszawie. To jest wspaniała osobowość, uważam go za jednego z najwybitniejszych twórców teatrów europejskich. Mam skalę porównawczą, bo pracowałem też z innymi reżyserami – francuskimi, niemieckimi, włoskimi, nie tylko filmowymi, ale właśnie teatralnymi. Jednak uważam, że miałem szczęście do dwóch wielkich reżyserów teatralnych, był to właśnie Adam Hanuszkiewicz i Krzysztof Jasiński.

Anna Małachowska: Byli zatem w Pana życiu wybitni reżyserzy, ale były też wybitne aktorki, które – jak Pan powiedział w jednym z wywiadów – miał Pan możliwość trzymać w ramionach. Wśród nich: Monica Vitti, Barbara Sukova, Angelina Jolie, Jeanne Moreau, Hanna Schygulla. Jak wspomina Pan pracę z nimi?

Daniel Olbrychski: Monica Vitti była moją pierwszą partnerką w pracy na zachodzie Europy, wówczas – czyli w latach siedemdziesiątych była u szczytu popularności. Pracowaliśmy w filmie, który reżyserował Miklós Jancsó i to był jeden z pierwszych jego poza węgierskich filmów. Autorem zdjęć był jeden z największych światowych operatorów filmowych – Carlo di Palma, który był wtedy partnerem Moniki Vitti. Nota bene w późniejszym czasie zrobił on wiele filmów z Woody Allenem. Tę produkcję wspominam jak bajkę. A potem pojawiły się inne kobiety. Z jedną z nich mam nawet dziecko…

Anna Małachowska: … z Barbarą Sukovą…

Daniel Olbrychski: Bardzo dorosłe jest już to nasze dziecko (śmiech)

Anna Małachowska: A Angelina Jolie?

Daniel Olbrychski: Nie mam z nią dzieci (śmiech).

Anna Małachowska: Miałam oczywiście na myśli pracę z jedną z ikon Hollywood… wystąpiliście razem w filmie „Salt”.

Daniel Olbrychski: Odpowiem Pani tak – od początku mojej kariery, czyli jeszcze jako bardzo młody aktor partnerowałem największym polskim gwiazdom. W teatrze była to Zofia Kucówna, w kinie – Beata Tyszkiewicz, Maja Komorowska czy Pola Raksa. Gwiazdy mają jedną wspólną cechę, poza talentem i profesjonalizmem. To osoby posiadające niezwykłą osobowość. Jakbym miał zdefiniować pojęcie „gwiazda”, odpowiedziałbym tak – to aktor lub aktorka, którą gdy zobaczyliśmy raz, idziemy ponownie do kina czy teatru, aby się z nią jeszcze raz spotkać. Tęsknimy do tej właśnie, a nie innej, być może równie dobrej aktorki, czy aktora. Kupujemy bilet na film czy spektakl, w którym gra właśnie ta osoba. I myślę, że tak też jest w przypadku Angeliny. Na nią się po prostu chodzi do kina. I to jest właśnie gwiazda.

Anna Małachowska: Czym się Pan kieruje w doborze ról? Zagrał Pan w wielu produkcjach, ale propozycji było przecież o wiele, wiele więcej. Zatem według jakich zasad dobiera Pan role?

Daniel Olbrychski: To jest dość oczywiste. Aktorzy są zawsze w sytuacji panienki na balu, która stoi pod ścianą i czeka na zaproszenie do tańca. I bardzo się cieszy, kiedy ustawia się do niej kolejka chętnych do zatańczenia. Białe tango w tym zawodzie raczej nie istnieje. To reżyserzy nas wybierają, a ja miałem od początku piekielne szczęście, że zapraszali mnie „do tańca” najwybitniejsi reżyserzy polscy, potem europejscy, a w końcu doczekałem się, że i światowi. Gdybyśmy żyli w innej rzeczywistości w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, tych filmów zagranicznych byłoby o wiele więcej i powstałyby one o wiele wcześniej. Gdy miałem, powiedzmy, dwadzieścia pięć lat miałem już za sobą przynajmniej dziesięć produkcji, które pokazywane były nie tylko w Polsce. To były filmy Wajdy, które znał cały świat, czy kultowe ekranizacje powieści Sienkiewicza w reżyserii Hoffmana, które cieszyły się ogromną popularnością w demoludach. W przedziale wiekowym aktorów do 25. roku życia, byłem najbardziej znanym aktorem europejskim. Wówczas nie byli jeszcze znani Robert de Niro, a we Francji nikt wtedy jeszcze nie słyszał o Gerardzie Depardieu. Nasza ojczyzna, choć wówczas zapyziała i socjalistyczna, mogła się poszczycić wielkimi talentami twórczymi reżyserów. Co roku gościłem na festiwalu w Cannes z jakimś filmem wybitnego reżysera, nie tylko Andrzeja Wajdy, ale też Zanussiego, a później z produkcjami reżyserów europejskich, takich jak Lelouch, Volker Schlöendorff, czy Miklós Jancsó. Mogę więc o sobie powiedzieć, że miałem ogromne branie (śmiech). Gdybym miał wówczas, jak wszyscy w tej chwili, paszport u siebie w domu, a nie w szufladach pół-ubeckiej instytucji, jaką był „Film Polski”, której głównym zadaniem było nie dopuścić do przebicia się w świecie polskich twórców, moja kariera potoczyłaby się inaczej. I tak mogłem zagrać w „ Wieku XX” u Bertolucciego jako partner Roberta de Niro. Zamiast mnie zagrał ostatecznie Depardieu, ale najpierw wyłącznie mnie brano pod uwagę. Po wielu latach prawda ujrzała światło dzienne – Depardieu napisał w swoich wspomnieniach, że spotkał go szczęśliwy przypadek, bo aktor, późniejszy mój dobry kolega z Polski, był bardzo zajęty w tym czasie i nie mógł zagrać roli. Taką informację otrzymał Bertolucci od „Filmu Polskiego”. To była jedyna wówczas możliwość kontaktu z aktorem, ja przecież nie miałem ani telefonu, ani tym bardziej swojego agenta na zachodzie. Więc nie miałem przez lata świadomości, jaka ominęła mnie okazja. Takich przypadków było znacznie więcej – dużo wcześniej przecież zadebiutowałbym u Schlöndorff’a w filmie „Coup de grace”. Ale on także uzyskał informację, że jestem zajęty. I dopiero pod koniec lat siedemdziesiątych, kiedy miałem już swojego agenta w Paryżu, był do mnie dostęp, nie można mnie było ukryć. Ale wtedy już miałem ponad trzydzieści lat. Dokąd miałem nie więcej niż dwadzieścia pięć lat, nie miałem konkurentów w Europie w sensie ilości ważnych i znanych w świecie filmów. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych każdy kraj miał już kilku znanych w świecie aktorów trzydziestoletnich.

Anna Małachowska: Teatr czy film, co jest Panu bliższe?

Daniel Olbrychski: A dlaczego miałbym wybierać między miłością do mamusi i do tatusia (śmiech)? Czy wolę lato, czy wolę zimę. Każda pora roku jest dla mnie wspaniała!

Anna Małachowska: Zadałam to pytanie ze względu na istotną różnicę pomiędzy pracą na scenie i w filmie…

Daniel Olbrychski: Bardzo lubię grać w filmie i chociaż z natury jestem leniem, to jak już się wciągnę w produkcję, okazuje się, że jestem niezwykle pracowity i po prostu kocham to, co robię. Ale jak gram w filmie, to z kolei tęsknię za teatrem – za „Zemstą”, „Królem Learem”, „Czarodziejską górą”, za „Otwarciem sezonu”, który gram obecnie w Teatrze Kwadrat. Już kilka przedstawień w miesiącu daje mi wielką frajdę! A filmy to są zawsze niespodzianki.

Anna Małachowska: Jakie są Pana najbliższe zawodowe plany?

Daniel Olbrychski: Za chwilę zagram kilka ważnych ról, między innymi w filmie chorwackim, który będzie reżyserował znany już Vinko Brešan, syn zmarłego w ubiegłym roku dramaturga Ivo Brešana, autora znanej w Polsce sztuki „Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna”. Została mi też do zagrania ostatnia scena w rosyjsko-angielskiej produkcji (dziwne połączenie, prawda?), która nota bene była dla mnie wyzwaniem, bo musiałem grać po rosyjsku. Kręciliśmy ten film na Łotwie, ponieważ odmówiłem pracy na terenie Rosji po aneksji Krymu przez Putina, a ta ostatnia scena będzie kręcona w Rydze, w katedrze, gdzie prowadzę koncert – Lacrimosę Mozarta, bo gram dyrygenta. Już się cieszę na spotkanie z Jurkiem Maksymiukiem, który udzieli mi konsultacji z dyrygowania orkiestrą. Wspomnę przy tej okazji, że ze względów politycznych zerwałem też kontrakt teatralny, który podpisałem cztery lata temu. Próby rozpoczęły się w lutym 2014 roku i właściwie przedstawienie było dopięte, miałem jeszcze wrócić w kwietniu na próby sceniczne, które miały się odbyć w Moskiewskim Teatrze im. Włodzimierza Majakowskiego. To teatr na 1000 osób. Ale w międzyczasie Putin najechał na Krym, a ja po trzech dniach i bezsennych nocach doszedłem do wniosku, że nie mogę tam pojechać. Jeszcze zniósłbym Putina, bo zawsze można grać przeciwko niemu- ta sztuka była trochę polityczna – ale 80 procent społeczeństwa poparło politykę Putina, w tym prawie całe moje środowisko, moi koledzy, rosyjscy artyści podpisali deklarację wiernopoddańczą…tylko nieliczni, jak ja, byli przeciwni. Napisałem więc list otwarty do moich kolegów i do reżysera, że nie wyobrażam sobie grać dla tysiąca osób, gdzie statycznie osiemset popiera politykę ich prezydenta. Czułbym się nieswojo. Poprosiłem, aby znaleźli za mnie zastępstwo, bo szkoda gotowej w zasadzie sztuki. Oni mi na to pięknie odpisali, że nie wyobrażają sobie tego spektaklu beze mnie i że będą czekać na lepsze czasy i .. na mnie. No, ale się nie doczekali. Minęły cztery lata i nic się nie zmieniło. Donbas trwa.

Anna Małachowska: Czy ma Pan ulubioną rolę? Czy da się którąś wybrać spośród takiej ilości?

Daniel Olbrychski: To jest bardzo proste. Świetnie z resztą odpowiada na to pytanie moja wybitna koleżanka Meryl Streep (choć to bardzo kobieca odpowiedź). Ona mówi tak: nie pytajcie mnie o moje ulubione role, bo wszystkie są moimi dziećmi. Ja je w sobie z miłością nosiłam, potem ze szczęściem i w bólach rodziłam. Najlepiej wiem, które mi się bardziej udało, a które mniej, ale nikomu nie powiem, bo je wszystkie kocham. Bo to są moje dzieci. I ja się z Merylką całkowicie zgadzam, nawet jej powiedziałem, że tę odpowiedź od niej „kupuję”.

Anna Małachowska: Panie Danielu, rozmowa z Panem była dla mnie zaszczytem i wielką przyjemnością. Pięknie dziękuję za te wspaniałe chwile.

 

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ