Anna Małachowska: Wraca Pan do miasta, z którym wiele Pana łączy – studiował Pan na krakowskiej PWST. Czy to jest miły powrót?

Wiesław Komasa: To jest pytanie, które ilekroć pada, zawsze mnie wzrusza. Bo powrót do Krakowa  – to było moje wieloletnie marzenie. Przez te prawie pięćdziesiąt lat grałem w wielu teatrach, ale nigdy tutaj. Z Krakowem jestem bardzo związany, ponieważ wszystko, co ważnego zdarzyło się w moim życiu, zaczęło się właśnie w Krakowie. Przede wszystkim złotymi literami zapisane jest w moim sercu nazwisko pani profesor Zofii Jaroszewskiej, która we mnie uwierzyła i która była moją mistrzynią. Bardzo często wracam do Niej myślami.

Anna Małachowska: Przygoda z aktorstwem zaczęła się …?

Wiesław Komasa: … odkąd umiem myśleć!

Anna Małachowska:  Czyli bardzo wcześnie!

Wiesław Komasa: Właściwie nie pamiętam innych myśli z dzieciństwa.

Anna Małachowska:  Aktor z powołania!

Wiesław Komasa: To chyba był powód mojego istnienia, ponieważ ja zawsze wszystko widziałem przez pryzmat teatru – przyrodę, święta Bożego Narodzenia, Wielkanoc, sąsiadów… w Wiśniczu, skąd pochodzę, wszystko wydawało mi się piękne i zaczarowane magią teatru i poezji. Moja mama prowadziła w Wiśniczu bibliotekę i była wielką miłośniczką poezji, którą to miłość mi przekazała…

Anna Małachowska:  Czyli miał kto przed Panem otworzyć artystyczne drzwi….

Wiesław Komasa: Tak, mama obdarowała mnie miłością do poezji, tata z kolei – był biologiem, uczył w szkole w Muchówce – przekazał mi miłość do świata przyrody i umiejętność dostrzegania w nim tego, co piękne. Przyznam szczerze, że całe moje dzieciństwo było zaczarowane i wspaniałe i …. był tylko jeden kłopot …

Anna Małachowska:  To znaczy?

Wiesław Komasa: Ja się wstydziłem komukolwiek powiedzieć o tych moich pasjach. Mimo, że wygrywałem różne konkursy recytatorskie, uczestniczyłem w spotkaniach z poetami i aktorami z Krakowa organizowanymi przez bibliotekę, w której pracowała mama…

Anna Małachowska:  To jak znalazł się Pan w krakowskiej PWST?

Wiesław Komasa: W momencie, kiedy musiała zapaść decyzja odnośnie wyboru drogi zawodowej, powiedziałem mojej wychowawczyni w ogólniaku w Bochni, do którego chodziłem, o mojej chęci zdawania do szkoły teatralnej. Ona popatrzyła na mnie i zapytała po chwili: „Wiesiek, to co ja mam Tobie napisać w opinii?”. Odpowiedziałem: „Proszę napisać: lubi mówić wiersze”. (śmiech). A potem bardzo się bałem, czy dostanę się do tej wymarzonej PWST. To nie było oczywiste. Studiowali tam w tych latach najwybitniejsi polscy aktorzy – Wojtek Pszoniak, Jurek Trela, Anna Seniuk… wielkie talenty, silne osobowości…

Anna Małachowska:  Które to osobowości stworzyły później trzon zespołu aktorskiego Starego Teatru..

Wiesław Komasa: Dokładnie tak! Czułem, że dobre muzy krążyły wokół mnie i były bardzo łaskawe. Dzięki nim poznałem wybitne profesorki: Jaroszewską, Michałowską, Górską. To był inny świat. Jako młody chłopak nie chodziłem do teatru… ale jak już na studiach zacząłem, to trafiły mi się nazwiska z najwyższej teatralnej półki: Swinarski, Wajda, Jarocki.

Anna Małachowska:  Czyli dobrze trafiony czas!

Wiesław Komasa: Zdecydowanie! Obojętne, co się robi, ważne jest, by trafić na właściwy czas i odpowiednich ludzi. To bardzo istotne elementy składające się na sukces. Dlatego wraz z koleżankami i kolegami z akademika staraliśmy się nie opuszczać żadnego niedzielnego spektaklu w Starym Teatrze. Bo każde przedstawienie, to było coś wielkiego, że wspomnę chociażby wybitny spektakl „Biesy”, na którym byłem kilkanaście razy.  Jeśli coś stanęło na przeszkodzie, żeby pójść do teatru, czułem się niespełniony.

Anna Małachowska: Pana dorobek aktorski jest olbrzymi. Jak przez pryzmat pięćdziesięciu lat na polskich scenach ocenia Pan zmiany w polskim teatrze, jego obecną kondycję i jak postrzega Pan jego przyszłość?

Wiesław Komasa: Nie chcę i nie potrafię być prorokiem, bo za bardzo kocham teatr (zaduma). Odpowiem Pani tak. Świat był dawniej kompletnie inny. Było wiele osób naładowanych potrzebą istnienia w teatrze i przekazania nam wiedzy na odpowiednim poziomie. Te osoby były do tego wszechstronnie przygotowane, zarówno od strony teoretycznej, jak i praktycznej. W tamtych czasach reżyser musiał posiadać wiedzę, aby móc odpowiedzieć na każde pytanie aktora. Był inspiracją. My, absolwenci szkoły teatralnej, nie myśleliśmy o pieniądzach. Myśmy chcieli grać. Byliśmy tak mocno przepojeni teatrem, jego źródłem, fundamentem, że chcieliśmy jak najszybciej  realizować tę naszą „nadwyżkę”. Byliśmy otwarci, czekaliśmy jak konie wyścigowe, żeby wbiec do teatru i  w nim zagrać. I to się we mnie kompletnie nie zmieniło.

Anna Małachowska:  W Panu. Ale czy zauważa Pan to, co zmieniło się w dzisiejszym teatrze?

Wiesław Komasa: Wszystko zauważam. Dlatego moim studentom w Akademii Teatralnej powtarzam to, czego sam nauczyłem się od profesor Jaroszewskiej. A ona mawiała: „To, że chcesz być aktorem, to jest twój tajemny powód, o którym jeszcze nie wiesz. Realizuj.” Moim zadaniem jest przekazać tym młodym ludziom klucz wiary w samego siebie. I umiejętność utożsamienia się z własnym powołaniem. To strasznie skomplikowane. Moje pokolenie miało wielkie szczęście, że mogło pracować z najwybitniejszymi. W teatrze w Kaliszu, Poznaniu, w zespole Izabeli Cywińskiej graliśmy bez przerwy, kochaliśmy publiczność i ona to nam odwzajemniała. Nie chcieliśmy jej zawieść. To taki rodzaj romansu, który się tworzy i o który się bardzo dba. W zespole wszyscy dbaliśmy o nasz wspólny rozwój. Lubiliśmy się zaskakiwać nowymi możliwościami artystycznymi. Jeździliśmy na największe teatralne festiwale, między innymi z zespołem Janusza Wiśniewskiego, zdobywaliśmy prestiżowe nagrody, między innymi w Edynbugu, na Bitefie, w Jugosławii, w Holandii. Wie Pani, to wszystko było jakieś zaczarowane. Czuliśmy wielkość fenomenu, jakim był teatr i naszą radosną posługę służenia tej wielkości, czuliśmy misję….

Anna Małachowska:  A potem?

Wiesław Komasa: Widzimy, jak to wszystko się zmieniło. Poezja, bez której teatr nie istnieje, stoi na razie w kulisie i czeka… I jest zmęczona czekaniem… Wie Pani, ja poszedłem w świat, bo chciałem odnaleźć taki teatr, na jakim zostałem wychowany, taki, jakiego uczyła mnie profesor Jaroszewska. Ona mówiła coś, czego ja wówczas nie rozumiałem – że sztuka, aby miała przestrzeń oddziaływania, musi być podniesiona z ulicy do rangi poezji, czyli do antyku. Wtedy problem będzie zawsze dramatyczny. Człowiek się nie zmienia, człowiek walczy, toczy pojedynek ze sobą, o siebie i piękno, o indywidualną prawdę. To się wszystko teraz poplątało i pomieszało. Teatr nie może być ulicą. Formą teatralną jest ulica zakomponowana w teatr. Ale nigdy odwrotnie. Jednak myślę, że skoro klasyka jest tak wielka i fundamentalna, skoro prezentuje wartości uniwersalne, to wcześniej czy później nastąpi powrót do niej. Trzeba zrobić krok w kierunku pokory. Bo nie ma innego wyjścia. Wierzę w teatr!

Anna Małachowska: Jest Pan człowiekiem teatru, ale film także Pana wciągnął…

Wiesław Komasa: Moja przygoda z filmem zaczęła się stosunkowo późno. Długo uczyłem się kamery i po prostu jej nie lubiłem. Wiedziałem, że do pracy przy filmie należy mieć specjalny rodzaj intuicji, który nie każdy posiada. Byłem przekonany, że go nie mam. Ale znowu miałem szczęście, że ktoś we mnie uwierzył. Tym kimś był Piotr Łazarkiewicz. Potem także Teresa Kotlarczyk. Ale po jakimś czasie postanowiłem zrobić mały eksperyment. Giulietta Masina powiedziała kiedyś Felliniemu, że nie lubi z nim pracować, bo nie chce być prowadzona i żeby pracował raczej z Mastroiannim, któremu to nie przeszkadza. I ja zacząłem się tak zastanawiać, co by było, gdybym ja się też tak dał poprowadzić reżyserowi. No i zrobiłem to w filmie „Lincz”. Powiedziałem reżyserowi, że przyjmę rolę pod warunkiem, że będzie mnie prowadził, a ja nie zapytam się o nic! Nałożyłem na siebie pokorę. Zaufałem Krzysztofowi Łukaszewiczowi. I poszło.

Anna Małachowska: Ale musiał mieć Pan olbrzymie zaufanie do reżysera!

Wiesław Komasa: Tak. Miałem zaufanie, ponieważ widziałem, jak dobrze jest przygotowany do tej realizacji i jak dużo wie. Inaczej by się to nie udało. Samotnie aktor nie ma siły, żeby zaistnieć. Nawet największy talent, jeśli nie jest pielęgnowany i wspomagany, nie przebije się, nie wyrośnie. To jest tak, jak z kwiatem. Jeśli nie dbasz i nie podlewasz, to zwiędnie.

Anna Małachowska: Niedawno na deskach Teatru Groteska zagościł spektakl „Kot-otchłanie miłości”, w którym kreuje Pan (wraz obchodzącą w tym roku jubileusz koleżanką ze studiów, Anną Sokołowską) postać mężczyzny po przejściach uwikłanego w niezwykle skomplikowany układ małżeński. Czy ta rola wymagała jakiegoś szczególnego przygotowania?

Wiesław Komasa: Są takie role, do których człowiek przygotowuje się cały czas. I to nawet innymi rolami. Mam tu na myśli doświadczenie, ale także czujność na scenariusz, który proponuje inny obraz człowieka, inny problem. Tu mieliśmy sytuację nadzwyczajną. W dzisiejszych czasach niezwykle rzadko zdarza się praca studyjna, pochylanie się nad każdym słowem i sytuacją, co powoduje większe możliwości otwierania się. To była bardzo cenna praca, uczciwa do bólu. Ale w Krakowie czas płynie inaczej i pewnie dzięki temu było to w ogóle możliwe.

Anna Małachowska: Czy zauważa Pan różnice pomiędzy krakowską a warszawską publicznością?

Wiesław Komasa: Ja byłem nauczony krakowskiej publiczności, która była zawsze bardzo wymagająca, i która przychodziła do teatru po wzruszenie. To była ta odmienność. Kraków był zawsze otwarty na emocje i przeżycia. Poza tym zawsze podobało mi się w publiczności krakowskiej, że  była wierna. Jeśli aktor zasłużył się jakąś rolą, był odzew i podziękowania w postaci kwiatów, miłych słów, gratulacji. Nie raz byłem świadkiem takich sytuacji, kiedy na przykład krakowskie kwiaciarki dziękowały Ani Seniuk, Markowi Walczewskiemu, Ewie Demarczyk, Annie Dymnej,  czy Annie Polony za wspaniałe kreacje. Kraków potrafi pamiętać. Kiedy Halinka Wyrodek zaśpiewała „Ta nasza młodość”, ludzie ją pokochali i kochają do dzisiaj. Dlatego kiedy występuję w Krakowie, mam dodatkowy stres. Bo tutaj i tylko tutaj miało się zawsze nieodparte wrażenie, że wraz z tekstem sztuki, przekazuje się tajemnicę teatru.

Anna Małachowska: Czy tę tajemnicę przekazał Pan swoim dzieciom? Wszystkie wybrały artystyczne zawody: Mary – piosenkarka, Zofia – kostiumograf, Szymon –baryton,  no i Jan – reżyser.

Wiesław Komasa: Moje dzieci nie miały chyba wyjścia, aby wybrać inne zawody. Siłą rzeczy  uczestniczyły w mojej pracy, bo przecież do ról przygotowywałem się w domu (często w toalecie, bo tylko tam był względny spokój!). Staraliśmy się wraz z żoną, aby robiły to, co sprawia im przyjemność. Obserwowaliśmy je w domu, aby w przyszłości odpowiednio nimi pokierować. Żona dopilnowała, aby każde z nich ukończyło szkołę muzyczną. Przychodzili oczywiście na moje premiery, ale bliższy ich sercom był film. Cała czwórka namiętnie chodziła do kina. Nawet na wagary (śmiech). W domu nie było dyskusji o teatrze. Oni non stop rozmawiali o filmach. Każdego roku urządzali sobie oscarowe wieczory – przebierali się, kupowali colę i celebrowali noc nagród Akademii Filmowej. Toteż byliśmy zawsze świetnie z żoną poinformowani, na co warto pójść do kina, a czego zdecydowanie nie oglądać! Pomimo naszych bardzo serdecznych relacji, dzieci były i są moimi najostrzejszymi krytykami. Nigdy mnie nie oszczędzają (śmiech). Ale ja mam do nich bezwzględne zaufanie, bo za tą krytyką kryje się szczera serdeczność.

Anna Małachowska: Będzie Oscar w rodzinie Komasów?

Wiesław Komasa: Ta nominacja jest dla mnie czymś niewyobrażalnym. Szczerze mówiąc, od momentu ogłoszenia nominacji, chodzę jak zaczadzony. Bo to wielka rzecz. Powiem Pani szczerze, że film „Boże ciało” zrobił na mnie kolosalne wrażenie. Wzruszyło mnie to, że Janek się pochylił nad tak trudnym tematem, i że nie uchwycił go 1:1, w sposób anegdotyczny, ale wszedł głębiej, analizując małą społeczność w bardzo dojrzały sposób. Brak mi słów. Jestem z niego bardzo dumny.

Anna Małachowska: Trzymam kciuki za sukces Jana i bardzo dziękuję za rozmowę.