Małgorzata Bogajewska, od początku minionego sezonu dyrektor Teatru Ludowego, jest intrygująca postacią krakowskiego środowiska teatralnego. Pod jej kierownictwem nowohucka scena, już wcześniej uważana za interesującą, wyrasta na jedno z najciekawszych teatralnych miejsc Krakowa. Podczas szczerej rozmowy opowiedziała nam między innymi o swojej wizji teatru, nie tylko w kontekście instytucji, na czele której stoi, ale także teatru, który może być formą rozrywki na wysokim artystycznym poziomie.

Anna Małachowska: Pracowała Pani jako reżyser w wielu teatrach – Narodowym, Powszechnym i Dramatycznym w Warszawie, krakowskiej Bagateli, w teatrze Jaracza, Studyjnym i Powszechnym w Łodzi. Jaki jest powód, dla którego artysta, który odnosi sukcesy, postanawia zająć się zarządzaniem teatrem?

Małgorzata Bogajewska: Bo to jest wyzwanie, aby wymyślić nie tylko jednorazową wypowiedź, czy jeden spektakl, ale wziąć odpowiedzialność za cały przekaz, który idzie z teatru, za działania około – teatralne, za budowanie zespołu, za jego rozwój. Praca z jednym zespołem jest innego rodzaju wyzwaniem niż bycie reżyserem i chyba jest wyzwaniem bardziej ekscytującym. Często zdarza się, że reżyserzy zostają dyrektorami teatrów, bo to jest trochę taka naturalna kolej rzeczy. Nabiera się ochoty, by stać się odpowiedzialnym nie tylko za pojedynczy spektakl, ale za wizerunek jakiegoś miejsca i za budowanie go.

A.M. Co daje więcej satysfakcji – robienie własnego przedstawienia czy wzięcie steru teatru w swoje ręce?

M.B. Satysfakcja jest zawsze, kiedy zrobi się coś dobrze. Kiedy buduje się przedstawienie, to jest to jakiś rodzaj świata, który nosi się w sobie, który „uwiera”, z jakiegoś powodu „wypycha się” na zewnątrz i który niejako domaga się, by „dać mu życie”. To jest naturalna potrzeba wypowiedzi. Jeżeli widz chce w tej opowieści, w tym wykreowanym świecie uczestniczyć, to wtedy udaje się rozmowa reżysera z widownią. Ten rodzaj porozumienia, bycia w jednym świecie opowieści, ta chwilowa wspólnota, która może czasem zaszumieć w głowach widzów już po wyjściu z teatru. I może być „Ważna”. Bo to co mnie „uwiera” czasem też uwiera innych, tylko ja przy pomocy teatru mam środki żeby to nazywać, badać, tropić. I ten czasem „poruszony” widz to jest ogromna satysfakcja. Ale też każda opowiedziana historia przywołuje następną i już chodzi się z kolejną historią w głowie i kolejne światy się „hoduje”. Z dyrektorowaniem jest o tyle inaczej, że satysfakcja jest jakby z bardziej wymiernych rzeczy. Mam na przykład satysfakcję z tego, że przyszło do nas tak wiele widzów (o 10 tys. więcej niż w ubiegłym sezonie), mam satysfakcję, że nasi widzowie chcą uczestniczyć w warsztatach, że są twórczy, ciekawi nowych wyzwań. I za to im bardzo dziękuję. Cieszy mnie coraz lepsza opinia o Teatrze Ludowym. Cieszą dobre recenzje i zaproszenia na festiwale.

A.M. Krakusom ze Śródmieścia TL kojarzył się jako pewne peryferia sztuki. Dziś wyrasta na jedną z najciekawszych scen. Jaki jest Pani pomysł na utrzymanie tej pozycji? Z jednej strony ambitne przedstawienie Sekretne życie Friedmanów, z drugiej lekka farsa Akt równoległy. Jaki jest kierunek, w którym Pani pójdzie, bo przestrzeń pomiędzy tymi dwoma gatunkami to zagadka.

M.B. Moim zamysłem jest, aby każdy widz znalazł w naszym teatrze coś dla siebie. Aby repertuar był urozmaicony. Proszę pamiętać, że Teatr Ludowy to jeden z wielu krakowskich teatrów, ale zarazem jedyny teatr w Nowej Hucie. Nie chciałabym profilować naszej sceny. Duże zainteresowanie wzbudza Sekretne życie Friedmanów, podobnie jak dużą frekwencję odnotowujemy na Akcie równoległym, a to oznacza, że jest zapotrzebowanie na różne gatunki. Nie ma nic złego w tym, żeby przyjść do teatru na coś, co da nam asumpt do myślenia o naszym życiu czy przeprogramowania czegoś w naszej głowie, ale też żeby przyjść do teatru na dobrą rozrywkę, aby spędzić miły i wesoły wieczór. Taki płodozmian jest też dobry dla aktorów – jest im potrzebny, aby złapać czasem oddech i dystans. Jest też korzystny dla finansów teatru, bo nie jesteśmy w stanie „wyżyć” z samych ambitnych rzeczy. Nie widzę więc powodu, aby profilować teatr. Myślę, że jeżeli wszystkie nasze realizacje będą na dobrym poziomie, to będzie to w porządku wobec naszej publiczności. Staramy się tak opisywać nasze przedstawienia, żeby każdy miał szansę świadomie wybrać spektakl. Z widzem trzeba być fair.

A.M. Jako reżyser i dyrektor teatru – jak odniesie się Pani do tezy o kryzysie ambitnej i solidnej sztuki teatralnej?

M.B. Nie zaobserwowałam takiego zjawiska. Ale na pewno jest zauważalny pewien rodzaj zmęczenia teatrem, który jest metateatralny, gra „sam ze sobą” z własnymi schematami, poszukiwaniem nowej formy. Gra o nową estetykę teatru. I to stawia sobie jako cel nadrzędny. Dla mnie nie jest ważne czy przedstawienie będzie metateatralne, nowe i bez psychologicznego aktorstwa, czy klasyczne, tradycyjne i psychologiczne, ale czy reżyser wie o czym chcesz opowiadać i w jakiej sprawie chcesz się spotkać z widzem, i dlaczego ten widz ma się dać zaprosić do jego świata. Widz chce być traktowany poważnie. I chce teatru. W naszym repertuarze mamy Sekretne życie Friedmanów, Kotkę na gorącym blaszanym dachu, Rewizora i żaden z tych spektakli nie miał problemów z frekwencją. Oczywiście farsa sprzeda się zawsze, podobnie jak kabaret, i to z pewnością w większych ilościach, ale nie ma większej frajdy jak stuprocentowa frekwencja na ambitnym spektaklu. Nie ma nic złego w tym, że ludzie chcą spędzić w teatrze miły wieczór, ale też coraz częściej poszukują w teatrze poczucia wspólnoty i wymagają, aby teatr przystawiał lustro rzeczywistości.

A.M. Ale czy teatr powinien być polityczny?

M.B. Być może tak. Ale problem polega na tym, żeby ta polityka nie polegała na przekonywaniu przekonanych i odrzucaniu odrzuconych, bo wtedy sztuka niczemu nie służy. Robimy sobie dobrze pokazując, że jesteśmy po właściwej stronie niezależnie od tego, jaka jest ta właściwa strona, a tamci, którzy nie zrozumieli, to są ci kretyni z drugiej strony, także niezależnie od tego, jaka ona jest. To jest niekomunikatywne. Jedna część widowni śmieje się i klaszcze, a druga czuje się obrażona. To jest performens. Powielanie go jako pomysł na teatr polityczny nie ma sensu. Natomiast teatr zawsze komentował rzeczywistość, to, co jest za oknem. Nawet jeżeli nie jest to zamierzeniem sztuki, to publiczność jest tak wyczulona, że jeśli pada jakaś kwestia polityczna, nieważne jaka, nawet jeśli nie jest ona w zamierzeniu polityczna, to i tak zostanie odebrana jako polityczna. Ludzie tak właśnie odbierają teatr – jako komentatora życia i rzeczywistości. Ale też taka jego rola. Trochę jak ten błazen królewski, który ma wytknąć błędy, obnażyć wady, prowokować i zmuszać do zobaczenia teg,o co nie dość widoczne.

 

A.M. Czy zgadza się Pani z tezą, że teatr to permanentne poszukiwanie, jakby nie było w nim miejsca dla klasyki. A jak już widać, bez znajomości klasyki młode pokolenie ubożeje intelektualnie.

M.B.W W teatrze jest miejsce i na poszukiwania i na klasykę. Ważne, żeby być uczciwym. Wystawiliśmy na przykład Rewizora, ale nie było to dzieło Gogola tylko Artura Pałygi, na motywach Rewizora Gogola. Ważne było dla nas, żeby widz miał tego świadomość przychodząc do teatru, bo inaczej poczułby się oszukany. Przez wiele lat jako reżyser nie zabierałam się za klasyczne teksty, bo miałam poczucie, że do nich nie dorosłam. Teraz fascynują mnie i przyciągają coraz bardziej. Myślę, że jeśli miałabym odpowiedzieć na pytanie, w jakim kierunku pójdzie teatr, to jestem przekonana, że coraz częściej wracać będziemy do teatru posługującego się psychlogicznym, wyrazistym aktorstwem, do teatru opowiadającego historie i szanującego wystawianych autorów. Także tych zmarłych. Myślę, że jakkolwiek awangardowo by to nie brzmiało, będzie to powrót do tradycji i do klasyki.

A.M. Mam nadzieję, że tak się stanie! Bardzo dziękuję za rozmowę!