Na przestrzeni wielu lat od ukończenia studiów aktorskich miałem okazję zetknąć się z rozmaitymi metodami pracy nad rolą. Każdemu z tych poszczególnych doświadczeń coś zawdzięczam, bo miało ono wpływ na wypracowanie pewnych mechanizmów warsztatowych, które okazują się pomocne w szybkim i skutecznym budowaniu ról, w błyskawicznym kreowaniu postaci. Moje osobiste doświadczenia i refleksje postanowiłem zdefiniować i zamienić na określone praktyki teatralne. Odkąd zacząłem testować je na innych, czy to wykorzystując je w prowadzonych warsztatach, czy posługując się nimi przy reżyserowaniu, stopniowo nabierałem przekonania, że mogą być pomocne w wielu sytuacjach. Mimo teatralnego źródła przydają się w telewizji i filmie. Dodają pewności siebie na castingach. Sprawdzają się zarówno w pracy z zawodowcami, jak amatorami, są przydatne dla młodzieży, ale pomagają też w zajęciach z dziećmi.

Metoda Stanisławskiego

Odkąd przebrnąłem przez lekturę dzieł Konstantego Stanisławskiego moje wątpliwości, co do jego metody pracy nad rolą tylko rosły, mojej nieufności do osób mieniących się jego kontynuatorami nie potrafiły umniejszyć nawet niezapomniane kreacje oparte na tej metodzie. Im więcej zbierałem doświadczeń, tym mocniej krystalizowało się we mnie podejrzenie, że wspaniałe role rodzą się pomimo stosowania wskazówek mistrza Konstantego, a nie dzięki nim. Trwało to długo, a ostatecznym potwierdzeniem moich wątpliwości, było objawienie, jakie stanowiło dzieło jego ucznia – Michaiła Czechowa. Dzięki lekturze książki „O technice aktora” dowiedziałem się wiele o błędach w interpretowaniu metody Stanisławskiego, ale już przekładanie jej treści na praktykę, nie dawało spodziewanych efektów. Doskwierała mi zwłaszcza niewspółmierność wysiłku do uzyskiwanego rezultatu. Cenię i szanuję Czechowa, ale nie on doprowadził mnie do poznania praktyk, którymi pragnę się podzielić.

Doświadczenia zdobyte przy projektach teatralnych, w których pracować należało bardzo szybko, na dodatek posługując się językami obcymi naprowadziło mnie na trop praktyki komunikowania się ograniczonego do niezbędnego minimum. Fenomen polegał na tym, że o ile rozgadywanie się po niemiecku i precyzowanie myśli na poziomie wyboru pomiędzy wyrazami bliskoznacznymi w sumie zaciemniało przekaz, o tyle ograniczony zasób pojęć po angielsku wymuszał komunikat niezbędny, zaś ubogi portugalski zastępowany był ekspresją wkładaną w słowo i dawał błyskawiczny efekt porozumienia. Nie analizowałem tego w trakcie pracy, refleksja nastąpiła później. Do metody przyśpieszonego komunikowania się sięgnąłem podświadomie już w Polsce, reżyserując w ekstremalnie krótkim czasie i siłą rzeczy mając możliwość robienia wyłącznie tego, co niezbędne do osiągnięcia zakładanego celu. Wyznaczenie celu było równie ważne, jak możliwie precyzyjne kierowanie ku niemu przy pomocy ograniczonych do minimum wskazówek. Efekty były nader obiecujące, a skuteczność – zaskakująca. Mechanizmy zadziały, były powtarzalne, a więc ich przyswojenie może być przydatne dla każdego.

Krytyczne spojrzenie na kontynuatorów metody Stanisławskiego a zarazem definiowanie zadań aktorskich w sposób skuteczny z jakim spotkałem się u Judith Weston czy Davida Mameta są mi bliskie, ale ich jakże celne spostrzeżenia traktuję jako potwierdzenie mojej praktyki.

Jacek Milczanowski

Warsztaty planowane są na wrzesień, wkrótce dalsze szczegóły.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ