Fot. Mirosław Pietruszyński (z archiwum artysty)

Jerzy Maksymiuk – wybitny dyrygent, kompozytor i pianista. Miłośnik i propagator muzyki współczesnej. Uznawany za jednego z najciekawszych polskich dyrygentów, kompozytor zarówno muzyki filmowej, jak i symfonicznej. Wielka osobowość, ujmujący serdecznością i dowcipem.

ANNA MAŁACHOWSKA: Posiada pan aż trzy dyplomy – z pianistyki, kompozycji oraz dyrygentury. Choć mówi pan, że komponowanie tkwi w pana wnętrzu, jako swoją drogę zawodową wybrał pan tę ostatnią. Czy był to przypadek?

JERZY MAKSYMIUK: Komponowałem od wczesnego dzieciństwa. Już jako dziecko trafiłem na znakomitego profesora, Jana Tarasiewicza, pianistę i kompozytora. Odkrył, że mam talent kompozytorski i zaczął go rozwijać. Komponowaliśmy razem – ja szedłem w stronę współczesną, profesor pozostawał przy klasyce. Jak miałem 11 lat, Radiu w Białymstoku nadało pierwszy skomponowany prze-ze mnie utwór. Później reżyser Czesław Petelski, mój wujek, zaproponował mi napisanie muzyki do filmu „Czarne Skrzydła”. Moje kompozycje ilustrowały przez wiele lat niejedną produkcję, zwłaszcza dokumentalną. Najbardziej znaną fabułą, do której napisałem muzykę, było „Sanatorium pod klepsydrą” Wojciecha Hassa. Komponowałem dużo, ale w końcu zacząłem dyrygować. Zrobiłem to z powodzeniem, zajął się więc mną profesor Bogusław Madey. Dyrygentura pochłonęła mnie i czasu na komponowanie było coraz mniej. Poza tym cieszyło mnie, jak publiczność od razu nagradza oklaskami.

Pana żona, Ewa Piasecka-Maksymiuk powiedziała mi, że miał pan także fenomenalną pamięć. W Teatrze Wielkim dyrygował pan „Weselem Figara” Mozarta… bez partytury.

Ale to nic nadzwyczajnego. Mnie podziwiano za to, że na próbie mówiłem też z pamięci numery taktów, od których chciałem powtarzać wskazane fragmenty. Partytur mam mnóstwo.

Teatr Wielki porzucił pan, by założyć Polską Orkiestrę Kameralną. Zespół ten doprowadził pan do takiej perfekcji, że w bardzo szybkim tempie zyskał on miano jednej z najlepszych orkiestr świata. Jak to się udało?

Wielkim nakładem pracy oraz maksymalną liczbą prób Ponieważ jestem dobrym muzykiem i posiadam cechy przywódcze, członkowie zespołu zaufali moim emocjom oraz intuicji. Uwierzyli, że możemy osiągnąć sukces nie tylko w skali krajowej, ale światowej. W tamtych czasach było to prawie nierealne, ale nam się udało. Pracowaliśmy bardzo ciężko i wy-graliśmy. Czasem wyrywałem moich muzyków ze snu i o 3 nad ranem prosiłem o zagranie jakiegoś fragmentu. To było za mniejsze, ale działania wymagające wielkiej, indywidualnej sprawności. Tak samo wywiad z panią – rozmawiamy kameralnie, widzimy reakcje. Co innego wywiad dla grupy dzienni-karzy i fotoreporterów. I tak też jest w muzyce. W orkiestrze kameralnej widzę i sprawdzam każdego muzyka z osobna, bo też prawie wszystko jest słyszalne. Duży zespół można ogarnąć jako całość, muzycy muszą kontrolować się sami. To inny rodzaj pracy. I mała, i duża orkiestra musi dążyć do precyzji, pięknego brzmienia, zbudowania odpowiedniego na-stroju i oddania idei kompozytora. To trudne. Byłem bardzo uskrzydlony, gdy po jednym z pierwszych koncertów Polskiej Orkiestry Kameralnej Janusz Ekiert w artykule „Sensacyjny debiut”’ napisał, że to inne podejście do muzyki.

Co spowodowało, że postanowił pan odejść od swojej orkiestry (Polskiej Orkiestry Kameralnej)?

Moje odejście było różnie interpretowane. Zarzucano mi porzucenie POK. Prawda była prozaiczna. Nie miałem siły po tysięczny raz powtarzać tych samych utworów. Sądziłem, że przyszedł czas, że już nie mogę nic nowego wnieść, natomiast mogę to, co stworzyłem, psuć. Przyszedł czas na zmianę.

Tą zmianą okazała się dziesięcioletnia współpraca z BBC Scottish Symphony Orchestra?

W Anglii szukano kogoś, kto „poprawi” orkiestrę, która nie była wówczas w najlepszej kondycji. Początkowo ciężka to była współpraca, ponieważ Anglicy – z natury zrównoważeni i opanowani nie rozumieli mojego systemu pracy, moich emocji. Czasem podnosiłem głos, machałem rękami, emocjonowałem się – oni wówczas z wrodzonym spokojem i elegancją odpowiadali: ”Maestro, my tylko pytamy”. To była miła kooperacja. Anglicy przychodzą przygotowani na próby, a to świetny filar każdej współpracy. Są cierpliwi. Nie krzywili się nawet, gdy na początku, prosiłem o granie gam. To był sposób na doskonałe ustawienie interwałów.

Anglicy bardzo pana docenili, otrzymał pan od BBC SSO dożywotni tytuł Conductor Laureate. Po powrocie z Anglii powrócił pan do komponowania. Tworzy pan muzykę symfoniczną, kompozycje kameralne, balet, pieśni, muzykę filmową. W jaki sposób rodzą się pomysły na utwory i czy łatwiej dyrygować własnymi czy cudzymi kompozycjami?

Pomysły znajduję wokół siebie. Uwielbiam obserwować liście – z tych obserwacji powstał jedne z moich utworów „Liście gdzieniegdzie spadające”. Czasem tytuły pomaga mi nadawać moja żona Ewa. Nie chcę ich nazywać sonatami, czy preludiami, wolę bardziej poetycko. Interpretacja utworu jest zawsze subiektywna, ale przecież musimy uwzględniać to, co chcieli wyrazić kompozytorzy. Posłużę się przy-kładem wspaniałego dyrygenta Witolda Rowickiego oraz kompozytora Witolda Lutosławskiego. Rowicki wielokrotnie dyrygował utworami swojego imiennika. I mówił: „Wituś, ty umiesz pisać, a ja dyrygować”. Jako kompozytor znam przesłanie utworu, wiem, co chciałem wyrazić. To ułatwienie, ale większa trema przed odbiorem przez publiczność. Gdy dyrygujemy kompozycjami innych, w małym stopniu przejmujemy się krytyką dzieła. Wolę jednak, żeby moimi utworami dyrygowali inni. To ciekawsze jak odczytają, co ich zaciekawi, co wydobędą. Jestem szczęśliwy, gdy sięgają po moje utwory.

Niezwykle ważne miejsce w pana życiu zajmuje muzy-ka współczesna. Jest pan jednym z założycieli Polskiego Towarzystwa Muzyki Współczesnej. Dlaczego ten rodzaj muzyki, opartej na innych niż klasyczne harmoniach i innych zestawach dźwięków?

Prawie każdy jest w stanie zanucić pewne fragmenty melodii. Zupełnie inaczej ma się sprawa z muzyką współczesną. Nie chodzi w niej o melodię, ale pewne złożenia dźwięków, czy ich pasm. Nie zawsze bazuje też na łatwych harmoniach. To jest frajdą dla muzyka, który wspiął się po wielu muzycznych stopniach. Dla wielu osób to za trudne. Gdy zagrałem swój romans, ze zrekonstruowanego filmu „Mania” z udziałem słynnej Poli Negri, zareagowała pani emocjonalnie i umiała określić swoje emocje od razu. Zagrany przeze mnie fragment kompozycji współczesnej już takiej emocji nie wzbudził, bo też i to nie było jasne. To „niejasne” ja kocham.

29 stycznia odbyła się premiera płyty MAKSYMIUK/ SIMFONIA VARSOVIA. To dwupłytowy album z na-graniami archiwalnymi oraz nowymi interpretacjami utworów, których wyboru dokonał pan sam. Jak mówi dyrektor SV Janusz Marynowski album ten jest zapowiedzią nowych wspólnych projektów, a także zapowiedzią pana jubileuszowego koncertu, który odbędzie się 9 kwietnia w Filharmonii Narodowej. Według jakiego klucza dobierał pan utwory na tę płytę?

Na płycie znalazły się utwory, które niezwykle cenię. Wy-brałem spośród moich ulubionych i jedną swoją kompozycję. Muzyka Debussy’ego od zawsze mnie porusza. Strawińskiego cenię za wspaniały warsztat kompozytorski, za to że niektóre instrumenty doprowadza do granic ich możliwości wykonawczych – nikt tak wspaniale nie pisał. Prokofiew to także geniusz. Zapomniany kompozytor Baird i jego „Elegeia” to majstersztyk muzyki współczesnej. „Tamburetta” Jarzębskiego to pierwszy utwór, nad którym pracowałem z POK – ćwiczyliśmy go pół roku, aby osiągnąć niezwykłą precyzję gry. Bach, Rossini, Mozart i Bartok to z kolei filary muzyki klasycznej, wielokrotnie sięgam po ich kompozycje tworząc repertuar koncertów, dlatego też nie mogło ich zabraknąć na tej płycie. Żałuję, że nie zmieściła się na płycie Grażyna Bacewiczówna. Może na następnej?

Jeśli chodzi o orkiestrę Sinfonia Varsovia, to mam do niej wielki sentyment. Powstała na bazie Polskiej Orkiestry Kameralnej i kontynuuje jej tradycje. To grono wspaniałych muzyków, którzy podchodzą do pracy z wielką pokorą i systematycznością, a ich gra jest pełna polotu i fantazji. Profesjonaliści i perfekcjoniści. Czyli tak, jak lubię.

Jak ocenia pan kondycję muzyki w naszym kraju? Ja-ką mamy publiczność?

W ofensywie jest muzyka popularna. Ona panuje. Publiczność oczekuje lekkiej, łatwej w odbiorze muzyki, bo do tego się przyzwyczaiła poprzez masową kulturę, wielkie, stadionowe imprezy, i internetowe „produkcje”, czasem „niby” artystów na Youtube. Ludzie reagują żywo na utwory, które znają. Będą mocno oklaskiwać dzieła rozpoznawalne, a obco brzmiące potraktują chłodniej. Grupa miłośników muzyki klasycznej jest zredukowana. Mam wrażenie, że teraz opera ma się znacznie lepiej. Bilety na operowe spektakle trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem. To nie tyle świadczy o mocnej pozycji tego rodzaju muzyki, ile raczej o modzie na nią. Ale korzystając z tej mody, możemy spowodować, by w młodych pokoleniach zaszczepić miłość do muzyki nieco trudniejszej w odbiorze. Potem przyszłaby chęć na jeszcze trudniejszą i potem na jeszcze bardziej skomplikowaną. Tego wszystkim życzę.