fot. z archiwum Artystki

Grażynę Barszczewską miałam przyjemność poznać w 2017 roku po premierze spektaklu „Marlena – ostatni koncert” w Teatrze Polskim w Warszawie. W recenzji, którą wówczas napisałam  http://nascenie.info/marlena-dietrich-teatrze-polskim-warszawie/ wyraziłam żal, że ten wspaniały spektakl nie powstał w Krakowie. Nieco prorocze to były słowa, bowiem niedawno przedstawienie, na zaproszenie Teatru Stu, zostało zaprezentowane w Krakowie, gdzie – pomimo szalejącej pandemii – wzbudziło duże zainteresowanie publiczności i odniosło wielki sukces. „Marlena” ma w sobie z resztą niezwykle istotny krakowski pierwiastek – reżyserem spektaklu jest krakowianin Józef Opalski, a tytułową postać kreuje aktorka, którą z naszym miastem wiele łączy.

Naszą rozmowę, à rebours, rozpoczyna Grażyna Barszczewska, pytając mnie, czy jestem… krakowianką. Moja twierdząca odpowiedź staje się pretekstem do refleksji Artystki na temat Krakowa.

Grażyna Barszczewska: Jak się tu wpada nie za często, to widać różnicę między Warszawą a Krakowem. Patrzę z rozrzewnieniem na te stare mury, stare kamienice, stare podwórka, których Warszawa już od dawna nie ma. Wzrusza mnie ciągłość, która pachnie klimatem Boya i Zielonego Balonika. Z urodzenia jestem warszawianką, ale w Krakowie spędziłam sześć lat, cudownych, ważnych i owocnych. Mam do tego miasta duży sentyment, choć zaznaczam, że nie jestem osobą łatwo ulegającą sentymentom (śmiech).

Anna Graniczewska: Tym razem odwiedziła Pani Kraków jako Marlena Dietrich. Czy w kreowanej postaci odnalazła Pani własne cechy jako artystki, czy też tworzyła Pani tę postać z wyobraźni, wbrew własnej osobowości?

Grażyna Barszczewska:  Właściwie jedyne, co mnie łączy z Marleną to zawód, który ona uprawiała, a ja wciąż wykonuję. Co jeszcze ?…hmm… Marlena posiadała niezwykle rozdmuchane ego. Czy moje też jest wybujałe? To już musiałaby Pani zapytać kogoś z moich bliskich (śmiech). Jednak na pewno daleki jest mi wzorzec, według którego budowała swoją karierę, swój mit  Dietrich – nie zważając na to, jaką robiła krzywdę innym, a zwłaszcza bliskim… i nie chcę wchodzić tu w zbyt drastyczne szczegóły z jej życia prywatnego… Kariera była dla niej najważniejsza i przesłaniała wszystko inne.  Nie chcę przez to powiedzieć, że dla mnie tak zwana kariera, zawód, nie jest  bardzo ważny – bo jest ! – ale żaden życiowy   sukces nie może być okupiony dramatem najbliższych.

Anna Graniczewska: Ale lubi Pani grać Marlenę?

Grażyna Barszczewska:  Lubię, nawet bardzo! I bardzo lubię grać to przedstawienie! Chociaż  samej Marleny prywatnie nie lubię! (śmiech). Ale wie Pani, nikt z nas nie jest, jak to się mówi, czarny ani biały. Marlena  miała też dobre cechy, które podczas pracy nad rolą starałam się wyłapać i wykorzystać w spektaklu. Zawsze zresztą grając postać negatywną, szukam jej jasnych, czy wręcz pięknych stron.

Anna Graniczewska: Podobnie jak Marlena, gra Pani na scenie i w filmie. Co jest Pani bliższe?

Grażyna Barszczewska:  W moim życiu w miarę po równo przeplatają się role teatralne, telewizyjne czy filmowe.  Mam to szczęście, że nie jestem zmuszona przyjmować ról, które mnie nie interesują. Ale na ten luksus całe swoje zawodowe życie ciężko pracowałam i nadal pracuję. Kiedy  przyjmuję jakąś rolę, to daję z siebie wszystko i wciąż sprawia mi to ogromną radość ! W filmie korzystamy z tego czego nauczyliśmy się w teatrze, choć wykorzystujemy inne środki wyrazu. To nieco inny rodzaj pracy. Brak chronologii w realizacji zapisu filmowego, wzbudzenie diametralnie różnych emocji na hasło „kamera”, itd. W teatrze szlifujemy warsztat, wzbogacamy naszą wyobraźnię, nasze aktorskie możliwości. Ale ani w teatrze, ani w filmie nie ma żadnej recepty na to, jak dobrze zagrać. Sporo podpowiada mi moja intuicja. Należę do tego rodzaju aktorów, którzy muszą  „wejść w skórę” postaci. Najpierw ją dokładnie  przeanalizować, zrozumieć, a potem „dorabiać” jej sposób mówienia, chodzenia, reagowania, wykreować jej stronę fizyczną… Jaką ma na przykład twarz- łagodną czy ostrą ? Usta – takie, jak moje prywatne, czy inne ? Ciągle mnie to kręci ! ( śmiech)

Anna Graniczewska: Filmowej publiczności weszła Pani w pamięć rolą Niny Ponimirskiej w filmie „Kariera Nikodema Dyzmy”. Jak odbiera Pani film sprzed lat w kategoriach współczesnych?

Grażyna Barszczewska:  Sukces tego filmu możliwy był dzięki wielu elementom: genialnemu tekstowi powieści Dołęgi – Mostowicza, świetnemu  scenariuszowi, reżyserii, zdjęciom, scenografii i całej zgranej i świetnie pracującej machinie filmowej.

Anna Graniczewska: No i dzięki fenomenalnej obsadzie!

Grażyna Barszczewska:  No tak, fantastyczne role, przede wszystkim Romka Wilhelmiego, a także Wojtka Pokory, Lolka Pietraszaka i całej obsady, łącznie z najmniejszymi epizodami. Ale przede wszystkim temat był i jest uniwersalny. Każda epoka ma przecież takich swoich Dyzmów! Rola Niny przyniosła mi dużą popularność i sympatię widzów. Ale tak by się nie stało, gdyby film nie był tak dobry. Tu wszystko ze sobą „zagrało”.

Anna Graniczewska: Podobno z pewną niechęcią podeszła Pani do roli Niny. Dlaczego?

Grażyna Barszczewska:  Kiedy otrzymałam tę propozycję, byłam na etapie grania trudniejszych ról. Zawsze interesowały mnie postacie odbiegające od takich, nazwałabym, dekoracyjnych. Chciałam i grałam już role wyraziste: komediowe, dramatyczne, w każdym razie bardzo charakterystyczne. A tu propozycja takiej słodkiej amantki Ninuś ! Na pierwszym spotkaniu powiedziałam reżyserowi, że scenariusz bardzo mi się podoba i chętnie zagram w tej produkcji, ale nie tę mdłą  Ninę, tylko jakąś mniejszą rolę, czy nawet epizod, za to bardziej krwisty. I usłyszałam: „Ale pani nie jest taką mdłą amantką, pani jest amantką z pieprzem!” I tak zostałam Niną, a po latach… nie żałuję!

Anna Graniczewska: Zagrała Pani także wiele wspaniałych ról w Teatrze Telewizji…

Grażyna Barszczewska:  Rzeczywiście sporo. Niestety Teatr Telewizji został zniszczony wiele lat temu. Przez lata emisje spektakli telewizyjnych miały w sobie coś odświętnego. Ludzie tłumnie zasiadali przed odbiornikami i dosłownie chłonęli. Zresztą były także inne, wspaniałe programy kulturalne, jak „Kobra”, czy Teatr Młodego Widza, widowiska poetyckie, muzyczne…i nie były przeznaczone wyłącznie dla garstki inteligentów. I za to, co się stało, nie można obarczać tylko tej czy innej opcji politycznej. Często są to indywidualne decyzje takiego czy innego dyrektora… A rozrywka?!  Czy  gdyby dzisiaj pokazać szerokiej telewizyjnej publiczności „Kabaret Starszych Panów”, to myśli Pani, że przeciętny widz, wychowany na rechocie i niewybrednym chamskim żarcie, zrozumiałby te niuanse, tę groteskę, tę smaczną zabawę „nie wprost”, tę formę? A przecież to nie była wówczas rozrywka przeznaczona tylko dla intelektualnej elity…

Anna Graniczewska: Dochodzimy do smutnego wniosku, Pani Grażyno….

Grażyna Barszczewska:  No cóż…obniżamy, obniżamy tę  poprzeczkę kultury. Przecież ci, którzy decydują o telewizji, świadomie godzą się na tak zwane „pasma wstydu”…i coraz mniej mamy kultury w kulturze.

Anna Graniczewska: Jak wyobraża sobie Pani przyszłość teatru w kontekście pandemii? Słyszy się głosy, że teatr nie będzie już nigdy taki sam… ale przecież publiczność tęskni!

Grażyna Barszczewska:  Od początku pandemii wiele teatrów uprawiało działalność online, co było swoistym ukłonem w stosunku do publiczności. Teraz wróciliśmy do pewnego, trzeba zaznaczyć tylko do  pewnego rodzaju normalności, to znaczy do grania na żywo. Właśnie jestem tuż po premierze znakomitej sztuki Edwarda Albee’go „Trzy wysokie kobiety”, za którą zasłużenie zresztą dostał nagrodę Pullitzera. Rola ogromna, satysfakcjonująca, pracowaliśmy intensywnie prawie trzy miesiące i… gramy dla 1/3 widowni…a przed marcem tego roku widownia była wypełniona po brzegi. Oczywiście absolutnie rozumiem obawy widzów, którzy unikają jakichkolwiek zgromadzeń, ale  także  czujemy ogromną wdzięczność dla tych, którzy przychodzą i niezwykle serdecznie nas oklaskują. Wstyd byłoby narzekać , bo gramy ! – chociaż tych kilka przedstawień w miesiącu. Przecież wiele osób spoza naszej branży, a także wielu moich kolegów: aktorów, muzyków, filmowców, jest w sytuacji ekstremalnie trudnej. Ta publiczność, która teraz przychodzi do teatru stosuje się do wszystkich obowiązujących obostrzeń sanitarnych. Każdy widz jest mierzony, ważony, prześwietlany, spryskiwany – jak  sobie żartobliwie mówię. Publiczność siedzi w odpowiednich odstępach, w maseczkach, a teatr po każdym przedstawieniu jest dezynfekowany i ozonowany. Szczerze mówiąc, nie słyszałam o przypadku, żeby ktoś zaraził się w teatrze oglądając przedstawienie. A na weselach, w sklepach, kościołach, autobusach, szkołach? Wie Pani, zastanawiam się, przy całej świadomości tego, co dotknęło cały świat, to czy jednak wymierzenie tych „kolców jeża” w teatr, w kulturę, ma jakiś sens, jakiś cel, którego przeciętny obywatel  nawet się nie domyśla ?

Ale teatr przetrwa. Musi przetrwać. I będziemy czekać na widzów, którzy tłumnie „rzucą się do teatru” spragnieni sztuki, emocji, przeżywania wspólnie tego, czego im nie da ekran komputera czy telewizora.  Spotkania z drugim żywym człowiekiem, z aktorem. To wartość nie do przecenienia. Potrzebna zarówno aktorowi, jak i widzowi.

Anna Graniczewska: Wierzmy zatem, że zarówno do teatru, jak i do naszej rzeczywistości, powróci normalne życie! Bardzo dziękuję za rozmowę!