W ubiegłym tygodniu firma Music Company z Warszawy przywiozła nam do Krakowa spektakl „Dzień Świra”, oparty na scenariuszu kultowego polskiego filmu Marka Koterskiego pod tym samym tytułem. Opera-musical, jak określają przedstawienie jego realizatorzy, zgromadził w Teatrze im. J. Słowackiego fanów wspaniałego filmu, którego fragmenty (choć mocno wulgarne) weszły na stałe do kanonu polskich cytatów.

fot. Music Company

Główny bohater spektaklu to, podobnie jak w filmie, Adaś Miauczyński – neurotyczny polonista cierpiący na nerwicę natręctw, skupiony na własnych emocjach i przeżyciach, co rusz wikłający się w konflikty z osobami z bliższego i dalszego otoczenia. Rozterki bohatera powodują jego coraz to większe wyczerpanie, psychiczne i fizyczne. Poprzez groteskowy, dowcipny, ale nie pozbawiony psychologicznej głębi sposób ukazania przeżyć, cierpień i emocji Miauczyńskiego ukazane jest polskie społeczeństwo przełomu XX i XXI wieku.

W odróżnieniu od „prototypu”, w trwającym nieco ponad dwie godziny spektaklu jego twórcy skupili się na najbardziej charakterystycznych scenach, takich jak scena z sąsiadką i psem, powtórka angielskiego, czy kultowe robienie dzióbka. Fabuła warszawskiego spektaklu jest klarowna, aczkolwiek bez obejrzenia filmu widz mógłby się poczuć zakłopotany. Reżyser Marcin Kołaczkowski przewidział jednak ewentualną nieznajomość filmu przez teatralnego odbiorcę, toteż ze sporą dawką ironii podszedł do scenariusza. I właśnie dzięki temu lekkiemu przymrużeniu oka i pewnej umowności uzyskał spójność przekazu. Nie udało się to niestety autorowi muzyki, Hadrianowi Tabęckiemu. Przede wszystkim wyraźnie trzeba zaznaczyć, że spektakl „Dzień świra” nie jest ani musicalem, ani tym bardziej operą. Choć dialogów jest mało, a większość kwestii jest śpiewanych, przedstawienie można określić jako muzyczną opowieść. Muzyka jest zdecydowanie za ciężka, przytłacza atonalnością i wolumenem. Zabrakło subtelności, której być może obawiał się (zupełnie niepotrzebnie) kompozytor. Mocny przekaz werbalny nie powinien narzucać w żadnym stopniu intensywności muzycznego tła. Może brzmiało by to także nieco lepiej w wykonaniu orkiestry, czy zespołu grającego na żywo, niestety realizatorzy zdecydowali się (co jest zrozumiałe przy spektaklu mobilnym) na podkład muzyczny z playbacku. Minimalistyczną, acz wystarczającą w zupełności scenografię, którą w dużej mierze tworzą projekcje multimedialne, uzupełnia szeroka gama efektów świetlnych – reżyseria światła w „Dniu świra” jest dogłębnie przemyślana i co tu dużo mówić – rewelacyjna, stanowi znakomitą ilustrację dla akcji. Maciej Miecznikowski (Adaś Miauczyński) i Beata Rybotycka (Mama, Była żona, Kobieta życia) prezentują znakomity warsztat aktorski i wokalny. Tworzą świetny duet, bawiąc się tekstem i układami choreograficznymi. Poziom wykonawczy spektaklu jest z resztą jego wielkim atutem – zespół artystów został bardzo dobrze dobrany, a wszyscy sumiennie i profesjonalnie wykonują swoje zadania.

Od premiery filmu „Dzień świra” w 2002 roku minęło sporo czasu. Zmienili się rządzący, zmieniło się społeczeństwo. Czy w tym kontekście nie jest zaskakujące, że Modlitwa Polaka pozostaje jednak niezmiennie aktualna? Może teatralny „Dzień świra” rzuci nowe spojrzenie na nasz kraj i rodaków? Pomysł uteatralnienia kultowego filmu to odważna próba zmierzenia się ze współczesną rzeczywistością „Polaka poczciwego” w formie groteski czy też farsy. W tym kontekście można mówić o pełnym sukcesie przedsięwzięcia teatralnego zatytułowanym „Dzień świra”.