Anna Małachowska: W swoim dorobku teatralnym ma Pan ponad 100 ról. Które z nich były dla Pana najważniejsze?

Leszek Piskorz: Zawsze najciekawsza jest rola, która przyjdzie (śmiech). A najbardziej to chyba jestem przywiązany między innymi do spektaklu Lot nad kukułczym gniazdem. Miło tez wspominam Z biegiem lat, z biegiem dni, no i Pamiętnik wariata. To były spektakle, które dawały mi dużo satysfakcji, mimo że granie w nich było męczące i trudne. Zagrałem w ponad stu przedstawieniach teatralnych, nie licząc ról filmowych i tych w teatrze telewizji. Muszę się Pani przyznać, że ja się tak bardzo do ról nie przywiązuję. Do każdego spektaklu podchodzę z powagą i odpowiednim nastawieniem. Jak ognia unikam rutyniarstwa.

A.M. Krakowska publiczność, i to ta najbardziej wyrobiona, do dzisiaj pamięta Pana monodram Pamiętnik wariata. Na czym, Pana zdaniem, polegał fenomen tego spektaklu?

L.P. Zagrałem go tysiąc razy i to na całym świecie. Udało mi się trafić z tym tekstem w odpowiednie rejony zainteresowania ówczesnej publiczności. Zwłaszcza zainteresowania z dziedziny psychiatrii i psychologii. Proszę sobie wyobrazić, że stale na widowni widywałem młode osoby robiące w trakcie trwania spektaklu notatki. Po którymś ze spektakli zostało zorganizowane spotkanie z publicznością – nie wytrzymałem i zapytałem ich, co tak skrzętnie zapisują. Okazało się , że to byli studenci psychiatrii! Obserwując spektakl, przekładali to na autentyczne przypadki kliniczne. To było dla nich swego rodzaju wzorcowe przedstawienie. A przecież to wszystko było wymyślone. Może temat był tym fenomenem. To jest genialnie skonstruowany, fantastyczny tekst na zasadzie pamiętnika, diariusza…świetna jest narastająca dramaturgia tekstu. Grałem go w Stanach, w Niemczech, w Anglii, Kanadzie…

A.M. Czy wszędzie odbiór był podobny?

L.P. Tak, zdecydowanie tak. Ja grałem dla Polonii, ale także dla Amerykanów, w szkole teatralnej, w której uczyłem. Amerykanie nie są przyzwyczajeni do takiej gry, jaką my Polacy prezentujemy, czyli że się kładzie na szalę duszę i ciało i serce i rozum. Dla nich taki rodzaj gry to szok. A Polonia fantastycznie odbierała spektakl. Zawsze porównywano mój Pamiętnik wariata z Kontrabasistą Stuhra. Mój kolega do tej pory grywa swój monodram, ja już nie. Z prostej przyczyny – mój bohater ma 42 lata. To byłaby przesada z mojej strony (śmiech).

A.M. Jest Pan profesorem krakowskiej PWST, prowadził Pan także zajęcia z aktorstwa w Stanach Zjednoczonych. Co Pana zdaniem jest najważniejsze w kształceniu młodego aktora?

L.P. W Stanach jest inny tryb studiów. Trwają one 3 lata i główny nacisk kładziony jest na poznanie gatunku teatru, na sprawy ruchowe. Ucząc w krakowskiej PWST przywiązuję szczególną wagę do myślenia o tym zawodzie. Granie jest konsekwencją tego myślenia. Kiedy ja studiowałem w szkole teatralnej, to teatr był świątynią sztuki. Teraz ta świątynia odeszła na bok. My graliśmy spektakle, na przykład Dziady, jak misterium. Kładliśmy na szalę całą duszę, co było nie do uwierzenia dla Anglików, gdy graliśmy w Londynie, że można grać w taki sposób, w takim stylu, tak prawdziwie. Jestem wyznawcą klasycznego teatru. Współczesny teatr to nie do końca moja bajka i nawet nie bardzo chcę się ku temu przekonywać. Nie podoba mi się nurt uwspółcześniania wszystkiego na siłę…wie Pani, Szekspir jak jest grany w garniturach, to już nie Szekspir. Ucząc w szkole, staram się kłaść nacisk na klasykę, na warsztat. Bo szkoła teatralna powinna aktora przygotowywać właśnie warsztatowo, żeby umiał mówić, odpowiednio akcentować, żeby był wyrazisty gest i mimika. Studenci nie są na ogół świadomi tego, co ich czeka w teatrze. Ja staram się ich tak prowadzić, żeby umieli poradzić sobie z każdym zadaniem aktorskim zarówno w teatrze, jak i w filmie.

A.M. We wszechobecnej epoce postmodernizmu młoda publiczność traci świadomość istnienia najwybitniejszych polskich reżyserów teatralnych, takich jak Swinarski, Wajda czy Jarocki. Pan miał przyjemność z nimi pracować. Proszę opowiedzieć o tych wielkich twórcach.

L.P. To były trzy wielkie osobowości, które albo narzucały swoją wizję roli, albo prowadziły na jej temat dialog z aktorem. Wajda miał taki styl pracy, że wręcz oczekiwał propozycji od aktora, później eliminował to, co było jego zdaniem złe, akceptował to, co według niego było dobre, dokładał coś od siebie i tak właśnie wyglądało budowanie roli u Wajdy. Jarocki z kolei był takim reżyserem, który każdy krok, gest i każde słowo ustawiał pod swoje dyktando. Jak w maszynie. Aktor musiał realizować jego pomysły i nie miał prawa ingerowania w nie. Swinarski był chyba najwspanialszy, bo wszystko traktował lekko, mądrze i intensywnie myślał o każdej roli. Pamiętam, że do tego stopnia był zaangażowany w budowanie ról w reżyserowanych przez siebie spektaklach, że potrafił podejść do nas w Spatifie, gdzie siedzieliśmy towarzysko, i poprosić o powiedzenie swojej kwestii w spektaklu, nad którym w danym czasie pracowaliśmy. Po czym mówił „już wiem, już wiem, to jutro to zrobimy”. On był chyba najbardziej elastyczny z tych trzech wielkich reżyserów. Szkoda, wielka szkoda, że moi studenci i inni młodzi aktorzy nie spotkają już na swojej drodze takich wielkich reżyserów. To było wspaniałe doświadczenie. Jako aktor, zawodowo wychowałem się na nich i jeżeli teraz mam jakiekolwiek zastrzeżenia do współczesnego kierunku w teatrze, do obowiązujących trendów, to buntuje się moja edukacja, którą uzyskałem we wczesnym wieku mojej zawodowej drogi. To powoduje, że ja nie rozumiem, dokąd zmierza teraz teatr, to przestała być moja bajka, jak to się mówi. Proszę mnie dobrze zrozumieć – ja nie jestem wrogiem nowości. Swinarski też był nowatorski w swoich czasach. Ale zachowywał pewne kanony, które reżyserzy młodego pokolenia negują. Klasyczny teatr, na którym zostałem wychowany, zmierzał do czegoś, niósł przesłanie, dialogował z widownią. Teraz teatr opiera się na efekcie, efekciarstwie, głośnej muzyce, itd. Ja nie chcę oczywiście uogólniać, że wszystko, co współczesne jest złe. Ale spektakle wystawiane jako prowokacja, to mnie to kompletnie nie interesuje. Bo teatr klasyczny z założenia ma prowokować, ale prowokować do myślenia. Ważna jest także forma. My graliśmy Szekspira w kostiumach elżbietańskich, a teraz grają w garniturach. Celem była myśl spektaklu, ważne było znaczenie wypowiadanych przez aktorów kwestii, a teraz to wszystko przestało mieć znaczenie. Pojawiła się w teatrze nowa instytucja – dramaturg, i taki dramaturg dopisuje do Szekspira własne teksty. Dla mnie to przejaw braku pokory i skromności. Przepis na nowoczesny spektakl to w tej chwili dopisanie swojego tekstu do tekstu znanego, uznanego autora, włożenie do niego przekleństw, okraszenie go głośną współczesną muzyką, rozebranie aktora, dużo dymu…młodzież można bardzo łatwo oszukać narzucając jej taki właśnie styl, ale prawdziwą sztuką jest zmuszenie młodych ludzi do rozmowy o teatrze, do myślenia. W teatrze zawsze powstawały nowe trendy. Teatr powinien iść z nurtem czasów, pielęgnując jednocześnie klasykę. Ale teatr to także estetyka, o której coraz częściej młodzi twórcy zapominają. Swinarski nie bał się sięgania po nowe nurty, nowe pomysły, nowe światowe trendy – on je transponował przez własne ego i z tego powstawało coś, co było szalenie interesujące i inspirujące. Zawsze jednak zachowywał kanony tekstowe i myślowe.

A.M. Pana książka „Ja, kinder z Grzegórzek” ma wielu fanów. Czy to taki literacki wybryk czy debiut literata?

L.P. Nie, to jest żart. W przedmowie napisałem, że nie będę pisarzem. To przygoda, która sprawia mi wiele radości. Książka kończy się z chwilą mojego wejścia do teatru, czyli w roku 1970. Zacząłem pisać teraz jej dalszy ciąg. Jednak to jest piekielnie trudne, bo chciałbym w niej opisać złoty okres Starego Teatru. Wówczas Teatr Stary liczył się w świecie. Objechaliśmy z zespołem wszystkie największe światowe festiwale, od Caracas przez Anglię, po Japonię. Chcę napisać o niektórych naszych spektaklach, o ciekawych wydarzeniach, o sukcesach – ale nie historiograficznie, tylko wybiórczo. Chciałabym opisać wspominkowo i anegdotycznie atmosferę tamtych lat. No i oczywiście ten niebywały zespół z tamtego okresu, który tworzył klimat i charakter tego miejsca. To byli ludzie z przedwojenną kindersztubą i wielkim doświadczeniem. Mam nadzieje, że to się będzie dobrze czytać. Na tej książce najprawdopodobniej skończę moją literacką przygodę.

A.M. Podróżował Pan ze Starym Teatrem w czasach, kiedy Polska kojarzyła się z „żelazną kurtyną”. Jednak teatr polski był wzorcem dla artystów w innych krajach…

L.P. Byliśmy entuzjastycznie przyjmowani przez krytykę i publiczność. To był fenomenalny zespół i w nim tkwiła największa siła. Mieliśmy w składzie kilkunastu aktorów-nestorów, dzięki czemu była zapewniona kontynuacja, tak niezbędna w teatrze. Teraz w większości teatrów modne jest „wietrzenie” zespołu. Na czym polega – wiadomo, na pozbywaniu się z zespołu starszych i doświadczonych aktorów. To wielki błąd, ze skutków którego nie zdają sobie sprawy nowo nastający dyrektorzy. Bo aktorzy z wieloletnim doświadczeniem zawodowym to w teatrze skarb, który powinien stanowić oś zespołu. Jego bazę. Nie wolno tego przekreślać.

A.M. Aktor tak aktywny jak Pan na pewno nie osiada na laurach, nawet na emeryturze. Jakie są zatem Pana zawodowe plany ?

L.P. Zatęskniłem za teatrem, choć miałem w pewnym momencie przesyt, zmęczenie materiału (śmiech). Zrobiłem więc sobie roczną przerwę…ale teraz chcę wrócić do teatru. Mój przyjaciel, reżyser Wojciech Graniczewski zrobił piękną adaptację wielkiego francuskiego dzieła Romain Rolland Colas Breugnon. To fantastyczna literatura jak na dzisiejsze czasy, kontrapunkt do tego, co się dzieje – filozofia Colas Breugnon jest sumą tego, co jest teraz, współcześnie. Ta literatura daje radość, więc byłbym szczęśliwy, gdyby ten projekt udało się zrealizować, czyli przenieść na scenę. W ostatnich latach zafascynowałem się też filmem, z przyjemnością pojawiam się na planie. To nieco inne środowisko od teatralnego, a (dobra) zmiana czasem jest wskazana (śmiech). Ale teatr to zdecydowanie mój number one!