Jak trudno być razem  – czyli recenzja spektaklu „Randka z feministą” Teatru Wybrzeże autorstwa naszej redakcyjnej koleżanki, Marty Cecelskiej.

Zadziwiające, że w języku polskim wystarczy dodać bądź ująć jedną literę do wyrazu, by słowo nabrało zupełnie innego wydźwięku. Byłam szczerze zaskoczona, kiedy nareszcie dostrzegłam, że wybieram się na „Randkę z FEMINISTĄ”, a nie z FEMINISTKĄ. Dopiero wtedy zaczęłam się zastanawiać, jak może wyglądać mężczyzna feminista, a wnioski wysunęłam dopiero po spektaklu. Bardzo dobrym spektaklu.

Ona – świadoma swojej wyjątkowości w byciu zdradzaną oraz on – dobry i pomocny, to początek dobrze znanej historiimiłosnej, jakich wiele. Choć może niekoniecznie, ponieważ warto wiedzieć, iż wspomniana dwójka – Kate i Steve – są feministami. Znaczący szczegół tkwi w tym, że to właśnie Steve najbardziej walczy o prawa dla kobiet, a jego poglądy zaczynają przytłaczać Kate. Gdy do opowieści dołączają inni bohaterowie, czyli rodzice oraz byli kochankowie, zaczyna się robić jeszcze pikantniej… a przy tym prawdziwie i życiowo. Pytanie tylko brzmi, czy właśnie o feminiście marzą kobiety?

„Randka z feministą” w reżyserii Michała Derlatki to sześciu bohaterów zagranych przez dwóch aktorów. Teatr Wybrzeże przygotował dwa spektakle w dwóch różnych obsadach: można uznać, że w „młodszej” i „starszej”, ponieważ aktorzy zostali dopasowani doświadczeniem życiowym. W związku z tym przedstawienie, w zależności od obsady, nabiera innego wydźwięku. Brzmi ciekawie? I takie właśnie jest.

Wybrałam obsadę z Maciejem Konopińskim i Anną Kociarz – aktorskim małżeństwem, które angażuje widza dosłownie od pierwszych minut spektaklu. Każde z nich odgrywa po trzy różne role, które przeplatają się między sobą: Maciej gra nieśmiałego feministę Steva, perwersyjnego Rossa (byłego partnera Kate) oraz żyjącego we własnym świecie ojca głównej bohaterki. Natomiast Anna zagrała zagubioną Kate, męską i władczą Carinę (byłą dziewczynę Steva) oraz feministkę – matkę głównego bohatera. Każda z postaci jest zupełnie inna, na swój sposób wyjątkowa i oryginalna. Dla ułatwienia reżyser przyporządkował postaciom odpowiednie atrybuty przypasowane do poszczególnego charakteru – okulary, opaskę na włosy,  kożuch, ale nie było to konieczne, gdyż dzięki sprawności w wykonywaniu zadań aktorskich (różny sposób chodzenia, zmiana tonu w ciągu jednej sekundy) nie jest trudno się połapać, kto jest kim.

Przyznam, że nie spodziewałam się po „Randce z feministą” uniwersalnej opowieści o miłości, toteż byłam tym milej zaskoczona, jak z biegiem rozwoju akcji historia stawała się coraz bardziej zagadkowa, nieoczywista, a przy tym ciekawa. Scenarzystka Samantha Ellis przygotowała dla widza osadzony we współczesności nieprosty obraz miłości, który rozwija się na przestrzeni poszczególnych scen. Dla smaku osłodziła go przyzwoitym humorem i niespodziewanymi zwrotami akcji, które raczej nie powinny się zdarzyć w romansie… a tutaj mają miejsce! Krótko mówiąc, podczas spektaklu można nie tylko poznać wyjątkową opowieść o różnych kształtach miłości, ale także nierzadko zaśmiać się na cały głos (szczególnie w ostatnich minutach, w których para aktorów przechodzi samych siebie podczas gwałtownych zmian osobowości).

„Randka z feministą” to półtorej godziny spędzonej w Teatrze Wybrzeże, bez chwili na oddech. Na scenie, przy wejściu, czekają na widza rekwizyty na widoku (czarne skrzynie, oświetlana toaletka), pomiędzy którymi rozgrywa się cała historia. Spektakl potraktowany został z przymrużeniem oka, dzięki czemu skrzynie zmieniają swoje pozycje i zastosowanie w zależności od potrzeb. Mniej znaczy więcej w przypadku podobnego tytułu. Otwarta scena sprawia, że widz zatapia się w opowieści, stając się integralną jej częścią.

„Randka z feministą” jest bardzo dobrym przedstawieniem teatralnym. Nie sposób więc go nie polecić. To jeden z tytułów, który powinien się spodobać wszystkim, niezależnie od gustów. Przygotowany z pomysłem i humorem sprawia, że aż chce się zobaczyć ten spektakl także w drugiej obsadzie. Niewątpliwie będzie chciało się do niego także powrócić. Gorąco polecam zarówno parom, by ujrzeli cząstkę siebie samych w krzywym zwierciadle, ale także tym, którzy chcą doświadczyć, jak trudno czasami rozpoznać miłość.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ