fot.archiwum serwisu społecznościowego Facebook

Gromki śmiech, spontaniczne brawa i absolutne skupienie przez cały czas trwania spektaklu były zasługą zarówno skrzącego się prawdziwymi klejnotami humoru tekstu, jak i wysokiej próby aktorstwa osadzonego w bardzo dobrej przestrzeni teatralnej. Znakomite rozłożenie tempa, dyscyplina, a zarazem swoboda gry, skupienie i błyskotliwie celne reakcje aktorów na wszystko, co się na scenie działo, nie pozwalały się oderwać od śledzenia akcji ani na chwilę. Tego wieczoru wszystko miało wysoką jakość aktorską, nic nie było zbędne czy przerysowane, nawet projekcje wpisywały się bez zgrzytu w tę komedię przechodzącą w farsę. O kolejnym dniu festiwalowych zmagań prosto z Tarnowa pisze Jacek Milczanowski.

Tylko jeden szczegół psuł to wrażenie, mikroporty używane przez aktorów zniekształcały naturalną barwę mówienia, ograniczały ekspresję głosową, co w tak kameralnej sali, jaką mimo wszystko jest duża scena Teatru im. Ludwika Solskiego stało się zbędnym kagańcem w komunikowaniu się z widzami. Artyści tworzący pełne uroku dzieło, nadali postaciom kreowanym na scenie mnóstwo ciepła, a przecież ich pierwowzorami były typy budzące w wielu naszych rodakach niechęć i agresję. Zarówno gej, jak i wieśniak, transwestyta czy Żydówka, budzą nie tylko złe emocję, ale potrafią wywołać niepohamowaną niekiedy nienawiść. Agresja wobec odmienności z biegiem czasu nie tylko nie maleje, ale wyraźnie rośnie, zatem wkroczenie na taki obszar tematyczny w Polsce jest wciąż poruszaniem się po polu minowym. Jak się to zatem powiodło w festiwalowy wieczór? Sądząc po bezpośrednim odbiorze – dobrze. Poszło lekko, nad podziw gładko.

Nie uciekając od dosyć utartych schematów w postrzeganiu terapii zbiorowej, nie stroniąc od mocno wyeksploatowanego chwytu przeprowadzenia terapii na terapeutce, wytrawnym piórem nakreślił autor przestrzenie do momentami świetnie skomponowanych dialogów, zaskakująco pointowanych, błyskotliwych, stworzył perełki, jakimi mienił się spektakl, hojnie sypnął szlachetnymi kamieniami i nawet się nie zauważało, że spajająca je nić nie stworzyła naszyjnika. Szlachetne kamienie nie zostały osadzone w kolii, nie utworzyły ornamentu naszytego na tkaninę. Dopiero myśląc o przedstawieniu po jego obejrzeniu, uświadomiłem sobie, że nie zobaczyłem dzieła jubilerskiego, ani nawet kaletniczego. Jeśli zaś było wytworem krawieckim to dopiero pofastrygowanym, ale nie uszytym. Zapewne winna była pewna niespójność poetyk, wieczór zaczął się komedią, która przeszła w farsę, aby nagle skończyć się przesłaniem. Na szczęście większość widzów zapewne nie roztrząsała konstrukcji spektaklu tak detalicznie.

A jak wypadło przejście przez pole minowe? Choć chorągiewki przy minach zostały wbite, ścieżka przejścia wyznaczona, to ładunków nie udało się zdetonować. Inaczej mówiąc: problemy zostały wskazane, że są i ot, da się je lekko ominąć, uda się je oswoić, ale oczyszczenie nie nastąpiło. Pole minowe nie zostało rozbrojone. Temat jest poważny, ale rozbrajanie go humorem – to dobra droga. Powoływanie się na stereotypy po to, by je ośmieszyć, ale nie wyszydzić, tylko ocieplić wizerunki osób za nimi się kryjących, to dobry krok we właściwą stronę. Tyle, że potencjalna siła rażenia Fundacji Garnizon jest tak duża, że na pewno podołałaby zadaniom znacznie ambitniejszym, czego artystom w niej tworzącym serdecznie życzę! Zwłaszcza, że i w odwodzie czekają jednostki doborowe.

Autor: Cezary Harasimowicz
Reżyseria: Krzysztof Czeczot

Obsada:
Olga Bołądź
Grażyna Wolszczak
Janusz Chabior
Łukasz Simlat

Fundacja Garnizon Sztuki, Warszawa