Czy ktoś może nie znać Anny Burzyńskiej? W Krakowie to niemożliwe. Od lat związana jest z Katedrą Teorii Literatury na UJ. Zajmuje się związkami najnowszej filozofii i wiedzy o literaturze, a także estetyką postmodernizmu. Przez wiele lat równolegle z pracą naukową pełniła funkcję kierownika literackiego Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Napisała kilkadziesiąt rozpraw naukowych poświęconych najnowszym przemianom humanistyki. Jest też autorką kilku powieści, kilkudziesięciu sztuk teatralnych oraz wielu scenariuszy radiowych, telewizyjnych i filmowych. Jej sztuki zostały przetłumaczone na kilka języków (m.in. na niemiecki, francuski, hiszpański, kataloński, włoski, słowacki, czeski, bułgarski) i były wielokrotnie wystawiane w Polsce i za granicą. Należy do polskiego Towarzystwa Autorów Teatralnych (TAT) i Europejskiego Stowarzyszenia Dramatopisarzy (FATE) z siedzibą w Madrycie. Jej pasją jest kultura japońska. Od trzydziestu pięciu lat praktykuje medytację Zen (posiada tytuł Nauczyciela Dharmy i certyfikaty wschodnich Mistrzów Zen), przez wiele lat ćwiczyła też wschodnie sztuki walki. Obecnie uprawia miniaturowy ogródek japoński, praktykuje sztukę kaligrafii i ceremonii herbaty. Pretekstem do naszej rozmowy była niedawna premiera jednej z Jej sztuk, która odbyła się w Teatrze Muzycznym w Toruniu.

Anna Małachowska: Skąd pomysł na sztukę „Akompaniator”?

Anna Burzyńska: Pomysł wziął się z życia! Od dawna fascynuje mnie świat opery, więc sobie wymyśliłam, że temat, który dotyczy osaczenia i zniewolenia jednej osoby przez drugą, może być rozpisany na taką właśnie relację – akompaniatora zafascynowanego operową divą. Ale muszę Ci powiedzieć, że mój „Akompaniator” powstawał trochę na „raty”, ponieważ jego pierwsza wersja, a w zasadzie jedna scena, została napisana w prezencie dla śpiewaczki, Jadwigi Romańskiej, z okazji jej jubileuszu. Napisałam wówczas mikro-scenkę o tym, jak artystka przychodzi na próbę, podczas której akompaniator wyznaje jej miłość i tę scenkę wraz z Żukiem Opalskim przeczytaliśmy podczas uroczystości jubileuszowej. Potem Żuk zasugerował mi, abym dopisała ciąg dalszy, a ponieważ miałam na to pomysł, pociągnęłam tę historię dalej i tak powstał „Akompaniator”.

Anna Małachowska: Twoja sztuka doczekała się kilku inscenizacji. Każda z nich była inna. Czy masz swoją wizję tego, jak Twój tekst powinien być przedstawiony na scenie?

Anna Burzyńska: Pisząc sztukę – a napisałam ich już ponad trzydzieści – zawsze wyobrażam sobie oczywiście, jak ona powinna być przedstawiona i zagrana. Ba, ja sobie nawet wyobrażam od razu konkretnych aktorów, którzy powinni zagrać w mojej sztuce! To bardzo pomaga przy tworzeniu postaci. Mówi się, że nie ma nic gorszego od żyjącego autora. To fakt, wielu moich piszących kolegów i wiele koleżanek wywiera presję własnej wizji sztuki na reżyserze. Ja natomiast nie mam takich oczekiwań. Byłoby to z mojej strony naiwne. Pisanie dla teatru jest specyficzne, ponieważ ostateczny kształt dzieła nie zależy od autora sztuki. Tekst dramatu jest wstępnym scenariuszem, który może być zrealizowany na najrozmaitsze sposoby. „Akompaniator” jest szczególnym przypadkiem, ponieważ sztuka ta została napisana na amplitudzie śmiech-przerażenie. Daje to szeroki wachlarz możliwości reżyserowi, który albo może pójść w kierunku farsy, jak to zrobił Grzegorz Chrapkiewicz wycinając z mojego tekstu wszystkie ostre momenty, albo zrealizować go tak, jak Adam Sajnuk, czyli w konwencji psycho-thrillera. Z kolei wersja Żuka Opalskiego była najbardziej wierna mojemu tekstowi, czyli skonstruowana na amplitudzie dowcipu i grozy.

Anna Małachowska: Nie korci Cię, żeby reżyserować swoje sztuki?

Anna Burzyńska: Nie! Zupełnie mnie to nie kręci. Uwielbiam pisać, ponieważ pisanie jest dla mnie czymś w rodzaju relaksu i odpoczynkiem od tego, czym się zajmuję na co dzień, czyli od filozofii i teorii literatury. Ale reżyseria zupełnie mnie nie kusi, mimo, że tak jak ci powiedziałam wcześniej, mam zawsze swoją wizję przedstawienia mojej sztuki. Zdarzała mi się jednak bliska współpraca z reżyserem przy przenoszeniu na scenę moich tekstów, kiedy  pracowałam jako kierownik literacki w Teatrze Słowackiego w Krakowie. Wówczas spędzałam mnóstwo czasu na próbach, przy tworzeniu spektakli opartych na moich tekstach z Żukiem Opalskim, czy z Pawłem Szumcem.

Anna Małachowska: Czy lepiej pracuje się z reżyserem, którego dobrze znasz, czy z kimś zupełnie obcym?

Anna Burzyńska: Najlepiej pracuje się z Żukiem! Praca z nim jest po prostu fantastyczna i bardzo twórcza.

Anna Małachowska: Która z Twoich sztuk jest dla Ciebie najważniejsza pod kątem dokonania autorskiego?

Anna Burzyńska: Zdecydowanie „Akompaniator”. Choć to nie on osiągnął największą popularność, ale moja sztuka „Najwięcej samobójstw zdarza się w niedzielę”, która była realizowana nie tylko na scenie, ale też w radiu i telewizji, została przetłumaczona na różne języki i była grana w kilku krajach. Lubię ją. Ale nie mam do niej tak osobistego stosunku, jak do „Akompaniatora”.

Anna Małachowska: Jaka jest według Ciebie przyszłość literatury w teatrze? Pytam o to, bo w obecnych czasach dzieła klasyków literatury są dla reżyserów często punktem wyjściowym, a finalny spektakl to totalny eklektyzm, kolaż na przykład Wyspiańskiego z Salingerem. Czyli postdramatyzm…

Anna Burzyńska: Jestem otwarta na nowe interpretacje tekstów dramatycznych, zwłaszcza w przypadku klasyki i lubię jej mądre uwspółcześnienia. Wielkie arcydzieła domagają się często bardziej świeżego podejścia, pewnej aktualizacji. Natomiast jeśli chodzi o integralność tekstu, to jestem bardzo przeciwna zabiegom, kiedy sygnuje się spektakl jako dzieło wielkiego klasyka, tymczasem z tym dziełem ma ono niewiele wspólnego. Oczywiście, reżyser ma prawo do zastosowania skrótów, cięć, czy przestawień, ale zawsze powinna być zachowana uczciwość wobec tekstu źródłowego. Jeżeli ingerencja w tekst polega na dopisywaniu i całkowitym zmienianiu go, to według mnie świadczy to o niemocy reżysera.  Mam jednak wrażenie, że to „majstrowanie” przy klasycznych tekstach powoli się kończy. Ten „teatralny recycling” przeminie w końcu, jak każda moda.

Anna Małachowska: O teatrze mogłybyśmy długo rozmawiać, więc potraktujmy to jako zalążek kolejnej rozmowy. Co Ty na to?

Anna Burzyńska: Z przyjemnością! Do zobaczenia!

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ