„…Podstawa wszelkiej sztuki, wszelkiej wiedzy, wszelkiej polityki, wszelkiej mądrości publicznej i prywatnej, to tylko te dwa słowa: to zależy.(…) Zabić jest czasem źle, czasem dobrze, czasem za to szubienica, czasem Virtuti Militari, ukraść czasem grzech, czasem patriotyzm, skłamać czasem ohyda, czasem zbawienne.(…) Do każdego z dziesięciorga przykazań należy dodać „to zależy” i od razu wszystko się zgadza”. Tekst komedii Mariana Hemara napisanej w latach 60. ubiegłego wieku nie stracił na aktualności. Gdyby tylko reżyser(ka) Agnieszka Mandat trzymała się zasady, iż „diabeł tkwi w szczegółach” i zastosowała między innymi konieczne dla współczesnego widza skróty oryginalnego tekstu, jej spektakl nabrałby odpowiedniego tempa i wydźwięku.

„Chcę, aby widz wyszedł z teatru myśląc, lecz nie będąc tym myśleniem przytłoczony” napisała Agnieszka Mandat w opisie spektaklu widniejącym stronie internetowej Teatru Starego, uzasadniając, że dokonany przez nią wybór lżejszego gatunkowo spektaklu jest działaniem nawiązującym do czasów świetności Narodowego Starego Teatru, kiedy to obok „Dziadów” Swinarskiego czy „Biesów” Wajdy grywane były przedstawienia dowcipne i lekkie, które podobnie jak te wielkie i poważne przeszły do historii teatru. Nota bene ten lżejszy między innymi repertuar Teatru Starego pięknie wspomina w swojej książce wieloletni aktor tej sceny, Leszek Piskorz (Złote Lata. Mój Stary Teatr 1970-2013, Wydawnictwo Wysoki Zamek), którą miałam przyjemność redagować.

Marian Hemar kojarzony jest głównie jako autor wielu przebojów, które do dzisiaj są chętnie wykonywane na scenach i estradach (Nikt tylko ty, Kochać nie warto, Całuję twoją dłoń, Madame, Ach, jak przyjemnie i wielu innych). „Pierwiastek z minus jeden”  to jedna z jego kilkunastu sztuk, której tekst, pomimo upływu czasu, nie stracił na aktualności, bo też współczesny jest temat, którego dotyczy: odwiecznej walki dobra ze złem oraz zaprzedania duszy diabłu, zatem konkretnie: matactw, oszustw, braku zaufania i lojalności.

Spektakl Agnieszki Mandat rozgrywa się w przestrzeni nawiązującej do lat sześćdziesiątych – zarówno scenografia, jak i kostiumy są retro, niestety także w odbiorze. Przez prawie cały czas trwania przedstawienia odnosiłam nieodparte wrażenie, że zostałam teleportowana do teatru bulwarowego kilka ulic dalej. Intryga jest transparentnie naszkicowana: jest mąż  – dyrektor działu depozytów bankowych, jest i żona – śliczna i zadbana, której głównym zajęciem jest troska o dom. Żyją w luksusie, a do pełni szczęścia brakuje im tylko dziecka. I oto okazuje się, że Krysia jest w ciąży, o czym zamierza poinformować małżonka, jak tylko ten wróci z pracy. Jednak gdy cały zmoknięty zjawia się w domu, wiadomym staje się fakt, że oto wydarzyło się coś bardzo niedobrego. A i owszem: mąż, który okazuje się nałogowym hazardzistą przyznaje się do defraudacji bankowego depozytu znajomej, który najzwyczajniej przegrał. Nieoczekiwanie w mieszkaniu małżonków pojawia się diabeł, który za cenę podpisania „wiadomego dokumentu” oferuje pomoc w rozwiązaniu kłopotów. Nie będę jednak ujawniać szczegółów. Przekonacie się Państwo sami, jeśli tylko wybierzecie się na przedstawienie. Czy warto? Na pewno. Chociażby ze względu na samego Mariana Hemara, tak dobrze znanego z tekstów ponadczasowych piosenek i jednocześnie tak nieznanego ze swojej twórczości dramatycznej. Sztuka jest napisana dowcipnie i gdyby tylko zlikwidować dłużyzny (przyciężkie dla współczesnego widza) i poskracać to i owo, spektakl zyskałby na atrakcyjności. Warto także wybrać się, aby z przyjemnością popatrzeć na świetną grę Jacka Romanowskiego (Tomasz) i Ewy Kolasińskiej (Felicja). Niestety pozostali wykonawcy nie sprostali wymogom gatunku i zagrywali się, szastając warsztatowymi umiejętnościami nawet w najmniejszych działaniach, co w miarę upływu czasu przestawało być groteskowe, a zwyczajnie denerwowało. Przodował w tym Artur Dziurman (Jerzy) i Matylda Paszczenko (Krysia). Zbigniew Kosowski (Obcy) wkładał sporo wysiłku, aby stworzyć typowo komediową postać, niestety nie mogłam oprzeć się  wrażeniu, że ślepo naśladuje styl gry Mariana Opani.

Do oryginalnego tekstu Hemara, Agnieszka Mandat dopisała własne post scriptum, którego akcję umieściła w XXI wieku, w bliżej nieokreślonym kraju, w pewnej zadymionej dyskotece. Być może owe post scriptum miało zostać odczytane jako wytłumaczenie dla bulwarowo-farsowego klimatu spektaklu. W każdym razie chodziło niewątpliwie o przekaz, że w czasach współczesnych zdecydowanie łatwiejszym zadaniem stało się pozyskiwanie dusz – ludzie są do szpiku kości zepsuci, etycznie niepełnosprawni, trawieni przerostem ambicji i żądzą pieniędzy. Ten przerost ambicji jakże dosłownie i realnie brzmi w kontekście kończącego się właśnie sezonu teatralnego…

Wybierzcie się Państwo na „Pierwiastek z minus jeden”. Wszak bez tej liczby „nie byłoby dialektyki względności. Jest potrzebny do wahań, do pokusy, do obawy, do wyrzutów sumienia, do poczucia proporcji, do statystyki, do wątpliwości, do sceptycyzmu, do ironii, do śmiechu” – pisał Marian Hemar. Tego wszystkiego szukamy dokoła nas, również w teatrze. Może Państwo odnajdą coś jeszcze innego?

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ