Udało się! Po perypetiach spowodowanych pandemią, „Orfeusz w piekle” Jacques’a Offenbacha trafił w końcu na afisz Opery Krakowskiej. Trafił i to z piekielnie dobrym skutkiem! I za to ukłon w stronę wszystkich, którzy za tym sukcesem stoją.

Tradycja wystawiania operetek przy Lubicz ma długą historię. Myślę, że duża część publiczności pamięta jeszcze (podobnie jak ja) wspaniałe realizacje „Wesołej wdówki”, „Carewicza”, „Wiktorii i jej huzara”, „Księżniczki czardasza” i wielu innych tytułów. Dlatego też ucieszyła mnie wieść o decyzji przystąpienia do realizacji kolejnego operetkowego tytułu. Nie jest to gatunek łatwy, gdyż oprócz wymogów realizacyjnych, wymaga od wykonawców umiejętności zarówno wokalnych, jak i aktorskich. A nie każdy artysta operowy temu zadaniu potrafi sprostać.

Wczorajszy spektakl premierowy dowiódł, że operetka w Krakowie ma się całkiem dobrze. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie trzy bazowe elementy, tak naprawdę filary spektaklu: bezbłędna scenografia oraz fenomenalne kostiumy Anny Sekuły (wielki ukłon za bogaty wachlarz pomysłów), ekspresyjna i dowcipna choreografia Violi Suskiej (duże brawa za pełne werwy, humoru i precyzji układy taneczne) oraz reżyseria Włodzimierza Nurkowskiego, który ujarzmił niesforne nieco libretto nadając mu prostą, logiczną strukturę oraz z dużą swadą nakreślił charaktery postaci. Małgorzata Zwolińska wkomponowała w scenografię świetne, autorskie projekcje multimedialne, doskonale uzupełniające akcję sceniczną – komentujące ją bądź podsumowujące poszczególne sceny. Wizualny aspekt przedstawienia świetnie łączy się z komizmem sytuacyjnym, który subtelnie mierzy w ludzkie przywary, niezależne od epoki. Tym bardziej warto podkreślić konsekwentną spójność scenografii, kostiumów i choreografii.

Na największe brawa (co potwierdziły reakcje publiczności) zasłużyli dwaj wykonawcy. Kreujący rolę Plutona Adam Sobierajski, którego aktorskie show było pełne diabelskiego uroku i dowcipu oraz Michał Kutnik jako John Styx, który choć ujawnił się dopiero w drugiej części przedstawienia, przyćmił inne postaci popisem umiejętności aktorskich, prowadząc  swoją postać jak rasowy aktor dramatyczny, dołączając do tego bezbłędny wokal w arii „Quand j’etais roi de Béotie”. Dla obu panów należą się także gratulacje za świetną dykcję w ariach, które wykonywane były w języku francuskim. Jak zawsze niezawodny wokalnie i aktorsko był Przemysław Rezner (Jupiter). Bardzo dobrze i wdzięcznie wypadły panie: Karin Kałucka (Junona), Monika Korybalska (Wenus), Paula Maciołek (Kupidyn). Na szczególne wyróżnienie zasłużyła w tym gronie Agnieszka Kuk w roli Diany (piękny, donośny wokal). Anna Lubańska jako Opinia Publiczna zaprezentowała się godnie i dowcipnie, podobnie Magdalena Barylak jako Minerwa, Adrian Domarecki (Merkury) i Sebastian Marszałowicz (Mars). Niestety nie zachwycili mnie wykonawcy partii tytułowych. Wprawdzie Dominik Sutowicz jako Orfeusz dobrze wypadł we fragmentach śpiewanych, jednak aktorsko zawiódł. A może po prostu Eurydyka w wykonaniu Katarzyny Oleś-Blachy nie była dostatecznie inspirująca? Znakomicie spisał się chór i balet, a orkiestrę dynamicznie poprowadził Tomasz Tokarczyk. Sceny zbiorowe stanowią bardzo mocny atut spektaklu, a realizatorzy zadbali w każdym niemal detalu o iście paryski styl, rozmach i lekkość.

Ten barwny, widowiskowy i atrakcyjny spektakl ogląda się bardzo dobrze. Oprócz nieco nużącego początku akcja toczy się wartko, a śpiew i taniec zgrabnie przeplatają się z groteską i parodią przemycaną w tekstach mówionych. Poprzez karykaturalną wizję boskości Olimpu i piekielnych czeluści widz dostaje sporą dawkę zabawy wzbogaconą szczyptą refleksji o współczesnym świecie i stosunkach w nim panujących. A wszystko okraszone jakże miłą dla ucha i ładnie zagraną muzyką mistrza Offenbacha.

Brawo!