Don Pasquale, scena zbiorowa, fot. Ryszard Kornecki

2 grudnia w Operze Krakowskiej odbyła się długo wyczekiwana przez melomanów i wielbicieli teatru premiera. Najnowsza krakowska inscenizacja opery Don Pasquale Gaetano Donizettiego przejdzie do historii nie tylko jako dobry, warty obejrzenia (i wysłuchania) spektakl, ale chyba przede wszystkim jako reżyserski debiut operowy Jerzego Stuhra.

Profesor Stuhr przyzwyczaił nas już skądinąd do swoich debiutów – znakomity aktor doskonale odnalazł się zarówno w roli reżysera teatralnego, filmowego, a także autora książek. W krótkim wywiadzie, jakiego mi udzielił, powiedział między innymi, że nigdy nie myślał o zostaniu reżyserem operowym, nie jest to także jego nowy pomysł na życie.

Jerzy Stuhr: Zawsze wiedziałem, co chcę zrobić  i natychmiast kiedy wiedziałem, jaki temat chcę z siebie wyrzucić, to szukałem formy. Wewnątrz jest zawsze to samo myślenie, niezależnie czy chodzi o napisanie książki, wyreżyserowanie spektaklu teatralnego czy nakręcenie filmu. Jak sobie pomyślałem, za jakim teatrem tęsknię to nagle to przybliżyło mnie do opery. Taki własnie teatr mi się podoba. Teatr totalny, kiedy oglądając spektakl, mróz przechodzi po kościach. Z takiego teatru wyrosłem i taki pamiętam.  Mnie przechodził mróz, dreszcz, jak w Starym Teatrze zaczynał się spektakl „Biesy”,  czy kiedy Jerzy Trela w  „Dziadach” wypowiadał słynną frazę: „daj mi rząd dusz”. W „Nocy Listopadowej”, do której muzykę skomponował Zygmunt Konieczny, gdy sam wybiegałem jako Piotr Wysocki to też miałem ciarki. Czasem można sobie wymarzyć różne rzeczy, ale nie ma się środków, by to zrobić. A tu nagle tak się złożyło, że wybudowali nam w Krakowie operę.

Anna Kańska Małachowska: Jak przebiegała praca z gwiazdą MET, Mariuszem Kwietniem?

Jerzy Stuhr: Bezkonfliktowo. On jest z Krowodrzy,  ja z Podgórza. Nie mogliśmy się nie polubić.

A.K.M. Czy praca przy Don Pasquale zaowocuje inną realizacją operową?

Jerzy Stuhr: Być może, być może. Nie jestem zarzucany propozycjami, ale poczekajmy, niech to ktoś tutaj oglądnie, może za chwilę zwróci się do mnie Metropolitan Opera i będę drugim po Trelińskim polskim reżyserem w nowojorskiej operze (śmiech!). Życie jest nieprzewidywalne. Ja już przeżyłem różne rzeczy-debiutowałem z filmem w Wenecji i po tygodniu kupili mnie do Włoch i na wszystkich włoskich ekranach  był mój film! Gdzieżbym przypuszczał, że przytrafi mi się coś takiego!

Dowcipna akcja opery Donizettiego, skupiona na perypetiach starego Don Pasquale marzącego o ślubie z młodą, piękną dziewczyną, została poprowadzona przez reżysera z poczuciem humoru i komediowym esprit, a dowcip sytuacyjny został mocno zaakcentowany. Stuhrowi nie była potrzebna znajomość partytury (choć i z tym Profesor radzi sobie nieźle), natomiast w realizacji opery bardzo pomogła mu  znajomość języka włoskiego i sympatia, jaką darzy Italię. Wyczarował spektakl, który wpisuje się w teatralne przedstawienie z gatunku takich, za jakimi tęskni i o jakich marzy. Tradycyjne, zgodne z epoką, bez zbędnego (zwłaszcza w tym przypadku) przenoszenia akcji we współczesność czy wykorzystywaniu uwielbianych obecnie przez reżyserów udziwnień lub nowoczesnych form przekazu. Reżyser podkreślił i uwypuklił charakterystyczne cechy postaci głównie w formie aktorskich gagów, co w zupełności wystarczyło dla oddania komizmu poszczególnych scen. Z ogromnym vis comica i nie mniejszym dystansem do siebie, zgodnie z przesłaniem piosenki Jonasza Kofty „Śpiewać każdy może”, której jest jedynym godnym odtwórcą, po mistrzowsku zaprezentował się na operowej scenie w epizodycznej roli Notariusza – już samo jego wyjście nagrodzone zostało burzą braw, zaś komizm wykonania wywołał salwy śmiechu!

Don Pasquale, na zdj. Grzegorz Szostak i Alexandra Flodd, fot. Ryszard Kornecki
Don Pasquale, na zdj. Grzegorz Szostak i Alexandra Flood, fot. Ryszard Kornecki

Śmiech i radość towarzyszyły z resztą publiczności zgromadzonej tłumnie w Operze Krakowskiej przez cały piątkowy wieczór. Niepodważalny sukces spektaklu jest dziełem nie tylko Jerzego Stuhra, ale także artystów, którzy wzięli udział w tym przedsięwzięciu. Powiew świeżości i nowych twarzy (głosów) okazał się jak najbardziej wskazany. Nie sposób nie wymienić jako pierwszego rewelacyjnego Mariusza Kwietnia, który udowodnił, że role komediowe to także jego żywioł. Z niesamowitą energią, wokalnym kunsztem i klasą godną mistrza wykreował postać doktora Malatesty z pełną świadomością każdego gestu, każdej muzycznej frazy. W partii Noriny zaprezentowała się pochodząca z dalekiej Australii Alexandra Flood, która jako jedna z trzech (obok Anny Wolfinger i Karoliny Wieczorek) wygrała zorganizowany na prośbę reżysera casting. Mam zastrzeżenia co do wokalnych mocy tej młodej śpiewaczki, niemniej jednak komediowy zmysł, urok sceniczny, lekkość i solidny warsztat aktorski przesądził o jej sukcesie jako Noriny. Brawurowo wypadł Grzegorz Szostak jako tytułowy Don Pasquale, który uwiódł krakowską publiczność ogromnym poczuciem humoru, dystansem do odgrywanej postaci oraz barwnie brzmiącym basem. Nie mogę tym razem wyrazić podziwu dla Andrzeja Lamperta, który na tle pozostałych wykonawców wypadł dużo słabiej, niż zazwyczaj, a w niektórych miejscach miałam wrażenie, że rola lirycznego kochanka Ernesta albo mu nie leży, albo nie przygotował jej na czas.

Don Pasquale, scena zbiorowa, fot.Ryszard Kornecki
Don Pasquale, scena zbiorowa, fot.Ryszard Kornecki

Bardzo dobre wrażenie zrobiła na mnie dekoracja Alicji Kokosińskiej – ale tylko ta w drugiej części spektaklu – pomysł z klombami przyciętymi w formie szachów – wybitny, w kontekście do akcji spektaklu, która jest przecież pewnego rodzaju rozgrywką. Ciężka w zamyśle i wykonaniu konstrukcja w pierwszej części nie wzbudziła jednak mojego zachwytu. Tym bardziej, że w pewnym sensie nie pozwoliła w pełni zaistnieć doskonałym, kolorowym i bajecznym kostiumom autorstwa Marii Balcerek. Wielkie brawa za oryginalne pomysły (ten z pojawieniem się para-Lagerfelda świetny!) oraz piękne fasony!

Kierownictwo muzyczne nad spektaklem pełnił Tomasz Tokarczyk. Jakkolwiek w drugiej części spektaklu orkiestra pod jego batutą brzmiała ładnie, wydobywając miłe dla ucha dźwięki, tak w części pierwszej śpiewacy mieli w kilku miejscach problem z przebiciem się przez orkiestrę. Za to stabilnie i pięknie brzmiał chór przygotowany tym razem przez Jacka Mentla. Artyści chóru pokazali klasę zarówno wykonawczą, miło też było patrzeć na ich piękne, nietuzinkowe kreacje oraz wdzięk, z jakim uczestniczyli w układach choreograficzno-scenograficznych.

Nowa inscenizacja Don Pasquale  to z pewnością pozycja, która na długo powinna  zagościć na afiszu Opery Krakowskiej. Niestety po kilku premierowych spektaklach, przedstawienie będzie wznowione dopiero na wiosnę. Szkoda, bo to niewątpliwie perełka krakowskiej opery, która w szczególny sposób uatrakcyjnia jej repertuar wprowadzając na tę scenę powiew świeżości, zabawy, lekkości i wdzięku.

Don Pasquale. Na zdj. Mariusz Kwiecień i Alexandra Flood, fot. Ryszard Kornecki.
Don Pasquale. Na zdj. Mariusz Kwiecień i Alexandra Flood, fot. Ryszard Kornecki.