fot. archiwum aktorki

Zawód! Zawód to rodzaj zarabiania pieniędzy. Ale coraz bardziej wydaje mi się, że to słowo pochodzi od zawodu, jaki nas często spotyka, w miarę jego wykonywania. Czyli zawód, to zawód.

Swój zawód wybrałam chyba zupełnie nieświadomie, przez przypadek. Od małego zazdrościłam mojej starszej siostrze, że dostała tak wyraźny talent od Boga. Niezwykle uzdolniona plastycznie była spokojna o swoją przyszłość. Nie traciła Czasu ani energii na niezdecydowanie. A ja byłam dobra ze wszystkiego, ale „po trochu”. Lubiłam szyć, ale zawód krawcowej nie obiecywał Przygód. Miał mi je zapewnić zawód archeologa śródziemnomorskiego, który myliłam chyba z Herkulesem Poirot. Ale poważnie się do niego przygotowywałam pochłaniając książki z zakresu historii, geologii, astronomii (chciałam wykopywać Gwiazdy, czy co?) i zagadek logiczno-matematycznych. Jednak w niedługim Czasie doszłam do wniosku, że najwięcej Przygód czeka mnie w zawodzie marynarza, mając na myśli pewnie piractwo. Ale chociaż bardzo lubiłam się bać, to jeszcze bardziej bałam się bania. I to banie mi wystarczyło. Nie musiałam szukać Strachu na Oceanach. Co więc mi pozostało? Zbliżał się Czas decyzji, a ja w środku byłam coraz bardziej pusta. No i co? Już sama nie wiedziałam, kim jestem.

Pewnie dlatego siostra wpadła na pomysł, żebym została aktorką, czyli taką, co to jest wszystkim „po trochu”. Nie przyszło mi to łatwo. Jak tu przekonać innych do swego talentu, skoro ja sama nie byłam jego pewna. Wreszcie udało mi się – zostałam aktorką . Ale coraz bardziej czuję, że to nie jest twórcze, a odtwórcze. Kucharz ugotował potrawę, a ja mogę ją tylko odpowiednio do swojego smaku okrasić przyprawami. I to nie całą, tylko to co na moim talerzu. I to jest właśnie ten zawód, który mnie spotkał. Ja chciałabym wypowiedzieć siebie od początku do końca.  Czy dobrze wybrałam, czy źle?

Teraz wiem, że do aktorstwa potrzeba, oprócz talentu specyficznych predyspozycji psychicznych. Ja ich chyba nie mam. Nie lubię udawać kogoś innego niż jestem, nie lubię tłumu, popularności.  Nie potrafię godzić się z upokorzeniem. Nie rozumiem, skąd u Małych Ludzi, których ciągle spotyka się w tej branży, taka sadystyczna chęć poniżania. Czy w ten sposób zapewniają sobie samopoczucie, że są lepsi?  Nikt nie pamięta, że zgoda buduje, niezgoda rujnuje? Wielka Sztuka urodzi się tylko z wzajemnego szacunku do pracy i pomysłów każdego twórcy spektaklu, czy filmu, z radości wspólnego tworzenia. Nigdy z małości.

Coraz mniej Wielkich?

Ale, czy o tym wszystkim wiedziałabym, gdybym dokonała innego wyboru?

Jest jednak taki dzień, gdzie w moim zawodzie nie ma zawodu. To dzień premiery. Wielkie Święto. Wtedy z dołu, z lochów teatralnych zlatują wszystkie Duchy Aktorów, którzy nigdy nie założyli Rodziny. Ich domem na zawsze pozostanie Teatr. Poświęcili się dla tego zawodu, czyli, jak im się wydawało, otarli się o Świętość. Każdy z nich ubiera się w kostium ze swojej najukochańszej roli. Błądzą 100-letnie Julie, Ofelie, Lady Makbet przysypane kurzem, pudrem i pajęczynami, w za dużych czerwonych ustach. Amanci w wystrzępionych frakach z szarymi resztkami koronkowych chusteczek w kościstych dłoniach. Zasiadają w lożach pomiędzy Żywymi i komentują:

  • To ma być Hrabina? Przecież ona nie nadaje się nawet na pokojówkę drugiego piętra! Pamięta Pani, koleżanko ( tak, tak, w głosie słychać, że to z małej litery ), jak Ja ( to oczywiście z dużej ) to grałam? Wyszłam, stanęłam, Publiczność szalała!
  • Co też pani opowiada! Pamięć to JJJa mam jeszcze dobrą, przecież jestem od Pani duuużo młodsza. Byłam małą dziewczynką, kiedy Pani była już WZIĘTĄ artystką. Powiada Pani Hrabinę, z Pani urodą? Pamiętam owszem świetną Pani rolę służącej w Pannie Maliczewskiej, no ale też warunki Pani pomogły.
  • Ciii! Drogie Panie! Od tylu lat to samo. Chciałbym posłuchać co mówi ten piękny Anioł na scenie. Cóż to za kąsek! Co za ciało!
  • Gbur!
  • Prostak!

Zjednoczone w oburzeniu, wachlują się szkieletami wachlarzy tak mocno, że z łysych głów spadają resztki włosów. Powoli cichną zaciekawione współczesną techniką teatralną. A na jaskółkę wpływają spóźnione dwie piękne Duszyce z ogromną dziurą pośrodku. To te, które 100 lat temu odebrały sobie życie w tych lożach. Zastrzeliły się naprawdę. Z rozpaczy prawdziwej. Nie stać je było na uprawianie tego zawodu. Nie miały pieniędzy na stroje. Mogły je zdobyć, jak większość koleżanek – znaleźć bogatego „ sponsora”. Ale one wolały śmierć niż hańbę. Uratowały honor i nikt o nich nie pamięta, a o tamtych uczą się dzieci w szkołach. Ale Niesprawiedliwość!

  • I pomyśleć, że gdybyśmy poczekały jeszcze tylko 100 lat, żyłybyśmy mając stroje służbowe. Ale Niesprawiedliwość!

Stoję wtedy na scenie i poza świetlną kurtyną z kilkudziesięciu reflektorów nie widzę nic. Czarna, ogromna  otchłań. Wiem, że żyje, pulsuje, bo od czasu do czasu kaszlnie, zachichocze, zapłacze. I w tym wszystkim słychać podniecone szepty Duchów Teatru, nieprawdziwych, jak cały teatr. Ale czuję, jak żywią się moim stresem, adrenaliną premierową. To dla nich królewska uczta. Kiedy zapada kurtyna, aktorzy wyssani są z energii do ostatniej kropli, bez względu na wielkość roli. Zastanawiają się, dlaczego. Przecież nie przerzucili wagonów z węglem.

A Tamci? Ocierają usta zbutwiałymi koronkami, oblizują resztki naszej energii, i ociągając się, powoli, smutno wracają do normalnego „po-życia”:

  • Ech! Żeby tak znowu jakaś premierka, Pani koleżanko!
  • Oj, tak, tak! I to koniecznie wieloobsadowa!