fot. archiwum Teatru Pijana Sypialnia

Jednym z naszych faworytów podczas 29. Festiwalu Teatrów Ulicznych ULICA w Krakowie był warszawski Teatr Pijana Sypialnia. Jest to największy niezależny teatr w naszym kraju. Założony w 2012 roku, obecnie liczy ponad stu wykonawców: aktorów, tancerzy, wokalistów oraz muzyków. Autorskie spektakle oraz koncerty teatr prezentuje zazwyczaj nie w tradycyjnych salach teatralnych, ale w niebanalnych, zaskakujących przestrzeniach, a także w plenerze. Pijana Sypialnia ceniona jest przez krytykę i znawców teatru za wysoką kulturę sceniczną łączącą wszystkie elementy sztuki estradowej oraz nietuzinkowy repertuar inspirowany odsuniętymi do lamusa konwencjami teatralnymi, a także folklorem. Często określany jest mianem teatru vintage. Zespół jest laureatem wielu prestiżowych nagród na licznych festiwalach teatralnych. Przy teatrze działa Studio Aktorskie Teatru Pijana Sypialnia, które prowadzi warsztaty teatralne dla młodzieży i dorosłych.

Z pomysłodawcą, założycielem oraz szefem artystycznym Teatru Pijana Sypialnia Stanisławem Dembskim oraz Sławomirem Narlochem, aktorem i dyrektorem rozmawia Anna Kańska Małachowska.

fot. naScenie.info
fot. naScenie.info

A.K.M. Był Pan gwiazdą krakowskiego Teatru KTO. Dlaczego postanowił Pan zamienić aktorstwo na reżyserię, a Kraków na Warszawę?

S.D. Człowiek dojrzewa. Kraków jest cudownym miastem, ale w pewnym momencie poczułem, że tu się już więcej nic nie wydarzy. I po ukończeniu czterdziestego roku życia postanowiłem wyjechać … – wszyscy znajomi stukali mi w głowę: „co ty robisz… i jeszcze w dodatku do tej okropnej Warszawy…”. Ale pojechałem, nie żałuję, siedzę tam już piętnasty rok, poznałem fantastycznych ludzi. Warszawę różni od Krakowa to, że tam, jak się już ludzie spotykają, to zwykle dochodzi do jakiś projektów, do czegoś, co potem daje satysfakcję artystyczną. Są tam ludzie z całej Polski. Podobnie jak w naszym zespole.

Ten teatr przynosi mi wiele satysfakcji, w jakiś sposób się odmłodziłem, bo pracuję nadal z młodymi ludźmi. Zaprzestałem już pracy aktorskiej (miałem za długą przerwę), ale praca z młodymi daje mi tyle cudownego zadowolenia, że cieszę się, że w taki sposób poukładało się moje zawodowe życie.

A.K.M. Skąd się wziął pomysł na Teatr Pijana Sypialnia, na tego rodzaju teatr?

S.D. Pięć lat temu grupa młodych ludzi zgłosiła się do mnie, że chce pracować warsztatowo, z tym, że nie wystarczała im praca dwa razy w tygodniu. Rozkochali się w tym, co robili i stwierdzili, że chcą zmienić drogę swojej kariery. Sławek, który jest tu z nami (Sławomir Narloch), rzucił studia dziennikarskie, bo go to przestało interesować. Stwierdził, że chce robić najlepszy teatr na świecie. Obecnie studiuje wiedzę o teatrze na Akademii Teatralnej w Warszawie.

Zrobiłem kiedyś ze znaną krakowską aktorką Ziutą Zającówną Osmędeuszy Mirona Białoszewskiego i tak na pierwszy rzut chciałem ten mój pierwszy zespół trochę wypróbować, tzn. czy będą chcieli pójść w jakieś trudniejsze tematy, więc wróciłem do Osmędeuszy, tylko w nieco inny sposób, na miarę ich ówczesnych możliwości. To bardzo  ładnie wypaliło. Przy tym spektaklu zaczęliśmy śpiewać. Oni wcześniej nie śpiewali, więc zaprosiłem do współpracy nauczyciela muzyki. W ogóle to był przypadek, że się w tym samym czasie spotkali reżyser, choreograf, muzyk, no i fantastyczni wykonawcy. Bez nich tego teatru by nie było. Zaczęliśmy pracować coraz bardziej intensywnie, no i w tej chwili zbieramy tego pokłosie. To się już rozwija przez pączkowanie. Na przykład nasza orkiestra – jeszcze niedawno liczyła osiem osób, teraz już dwadzieścia pięć. Dzieją się rzeczy magiczne. Jesteśmy całkowicie niezależni. Nikt nam nie daje złotówki na działalność. Jakoś się utrzymujemy sami. W tej chwili coraz więcej nam płacą, za to, co robimy…

A.K.M. Obserwuję od dawna wasz facebookowy profil i widzę, że ciągle jesteście w drodze…

S.D. Dokładnie tak jest. Zwłaszcza w okresie letnim. To są dla nas „żniwa”.

A.K.M. Wiem, że często ludzie zadają Wam pytania dotyczące kwalifikacji aktorskich członków zespołu, czy też mówiąc wprost pytają, ilu z was jest po szkołach teatralnych…

S.D. Odpowiadam na to, że aktorzy po tak zwanych szkołach dramatycznych kompletnie się u nas nie sprawdzają. Dla mnie liczą się umiejętności. Tak też było dawniej – za czasów Teatru Stu w Krakowie – liczyły się umiejętności. Więc ja sobie pomyślałem, że potrzebuję osób, które śpiewają, tańczą, a aktorstwa się nauczymy…i się uczymy. Mamy własne studio aktorskie, w którym jest obecnie około 50 osób. To jest studio obok teatru. Najstarsi uczestnicy to pięćdziesięciolatkowie. Niektórzy z nich są wciągani w spektakle, jak na przykład w naszą najbliższą premierę, która odbędzie się 10 września – reżyseruje ją Sławek. Tam będzie około stu wykonawców, w tym także uczniowie studia.

A.K.M. Ma Pan w swoim zespole perełki, takie jak na przykład Sławek (Narloch).

S.D. Cieszy mnie to, że młodzi ludzie nie tylko grają, ale przysposabiają się do różnych innych zadań, na przykład reżyserskich. Mają świetne pomysły. Scenariusz do spektaklu „Łojdrydy”, który zaprezentowaliśmy podczas tegorocznego Festiwalu Teatrów Ulicznych w  Krakowie, napisała nasza aktorka Karolina Lichocińska razem ze Sławkiem Narlochem. Urodą tego, co robimy jest to, że to się już toczy samo, że przychodzą coraz ciekawsi ludzie, robimy coraz ciekawsze projekty.

A.K.M. Skąd pomysł na nazwę Pijana Sypialnia?

S.D. Marketingowo nazwa sprzedaje się znakomicie. Pierwsze pytanie, jakie nam zadają co do nazwy, to czy my pijemy! Odpowiadamy, że upajamy się owszem… językiem, muzyką i sztuką. Nazwa na tyle jest zadziorna, że łatwiej ją zapamiętać. Ale chyba nie podoba się urzędnikom, bo pomimo tego, że mieliśmy bardzo ciekawe projekty, brakowało nam zawsze kilku punktów do otrzymania dotacji, czy grantów. W końcu odpuściłem…a teraz oddaję głos młodym, czyli Sławkowi, bo ja się już nagadałem (śmiech).

fot. naScenie.info
Na zdjęciu Stanisław Dembski oraz Sławomir Narloch fot. naScenie.info

Sławek Narloch: Ja zająłem się stroną marketingową. Wiedziałem, że ze Stasiem będziemy robili dobre rzeczy artystycznie, natomiast wiedziałem też, że w dzisiejszych czasach, żeby znaleźć widza, zwłaszcza w Warszawie, mając gigantyczną konkurencję w każdej materii teatralnej, trzeba było się zastanowić, gdzie możemy naszych widzów spotkać. Do tego potrzebowaliśmy tzw. „chwytliwej” nazwy. Pomysłów było milion. Chyba wymyślenie ostatecznej nazwy zajęło nam rok. Na początku pracowaliśmy też czysto warsztatowo nad tekstem „Fabrykant torped” Anatola Sterna – tam pojawiała się postać, która przedstawiała się w rozmowie telefonicznej następująco: ”Halo, tu mówi Kicz, aktor teatru Pijana Sypialnia”. To, co robimy, jest trochę na pograniczu kiczu, czegoś słodkiego, przestarzałego…wydawało mi się, że ta nazwa będzie przyciągała, i faktycznie tak jest. Marketingowo się sprawdza. To wypaliło, ludzie się uśmiechają na naszą nazwę, ona wywołuje emocje, nie jest obojętna.

S.D. Sławek wymyślił też, że musimy się pokazywać w miejscach, do których normalny teatr nie wchodzi. Ta nazwa też w związku z tym wydała nam się nieco odlotowa…

S.N. Na początku, z racji tego, że nie mamy swojej siedziby, trzeba to było przekuć na naszą korzyść. I w taki sposób naszą siedzibą stał się Facebook. Uderzyliśmy w media społecznościowe, żeby teatr niezależny, jakim jesteśmy, mógł zaistnieć. Zaczęliśmy też szukać nowych przestrzeni, najróżniejszych. Szczególnie w Warszawie to jest ciekawe – teatr, który wychodzi poza standardowe przestrzenie nie jest tak bardzo rozpowszechniony. I teraz na przykład w Warszawie to my kojarzymy się z latem teatralnym i plenerem. Ale  grywamy też w najprzeróżniejszych miejscach, takich jak bary mleczne, klubokawiarnie, itd. Salę na próby mamy dzięki uprzejmości Ośrodka Działań Artystycznych Dorożkarnia.

A.K.M. Skąd czerpiecie pomysły na scenariusze? Wykorzystujecie elementy folkloru, który nie jest zbyt popularny  i nie kojarzy się z wszechpanującą obecnie modą na eksluzywność.

S.D. Mariusz Żwierko – choreograf i Daniel Zieliński, który jest naszym szefem muzycznym, bardzo interesują się muzyką i tańcem ludowym. Uczniowie Daniela grają w naszej orkiestrze. Ale robimy też inną muzykę, współczesną, przeróbki Abby, itd… Młodzież grająca uczy się przy tym zespołowości, bez której nie ma teatru. To jest siła teatru. Bo w Warszawie niestety jest takie zjawisko jak teatr gwiazd. Ludzie przychodzą na konkretne nazwiska. My jednak podkreślamy naszą zespołowość.

S.N. U nas po prostu zespół jest gwiazdą, a nie poszczególni wykonawcy. A co do scenariuszy, to trochę jesteśmy przekorni, bo interesujemy się tym, co już było, co jest uznawane za nieco niemodne, np. spektakle w konwencji wodewilu czy śpiewogry. Wracamy do języka ludowości, który młodym ludziom czasami źle się kojarzy, z jakimś obciachem, czy wiochą… Odczarowujemy w pewnym sensie sposób myślenia i postrzegania teatru. Wybieramy się w podróż w czasie do zapomnianych gatunków, melodii czy tekstów, ale nie tworzymy skansenu czy teatru archeologicznego. Mówimy dzisiejszym, aktualny językiem, łatwym w odbiorze dla każdego widza.

A pomysły na scenariusze czerpiemy z życia, czytamy najróżniejsze teksty. Zastanawiamy się nad formułą, na przykład, gdy chcemy zrobić wodewil, szukamy adekwatnego do tego gatunku tekstu źródłowego, do którego dopisujemy własne teksty, dodajemy własne pomysły, dokładamy „współczesność”. Tak naprawdę scenariusze to nasze autorskie pomysły, których inspiracją są dawne, zapomniane teksty. Dobrze rozumiemy nasze zainteresowania artystyczne, nasze możliwości, wiemy, z jakich środków możemy skorzystać, i uwzględniamy je przy pisaniu scenariusza – na przykład kiedy i w jaki sposób wykorzystać naszych śpiewaków, tancerzy, i tak dalej. Piszemy pod naszych  konkretnych aktorów. Pilnujemy naszej odrębności, jesteśmy niezależnym teatrem, co dodaje wiatru w żagle. Bo nie mając stałego miejsca na próby ani żadnego dofinansowania możemy pozwolić sobie na pełną wolność artystyczną.

A.K.M. Jak oceniacie kondycję polskiego teatru ulicznego?

S.D. Obserwuję teatr uliczny od wielu lat. Polski teatr uliczny zawsze ma jakąś myśl przewodnią, którą chce przekazać, nawet jeśli czasem nie dogaduje się z publicznością, bo używa  niewłaściwych środków przekazu. Osobiście dosyć mam szczudeł, dymu, aniołów, chuchania ogniem. Ta poetyka klaunowska, cyrkowa bardzo modna jest  na zachodzie, bo ludzie chcą fiesty, czegoś niesamowitego. Ale ja robię rozgraniczenie – jest teatr uliczny i teatr na ulicy. Dla nas, dla Teatru Pijana Sypialnia bliższe jest podwórko, teatr ogródkowy, przedwojenny, i taka poetyka nam odpowiada. Nie wychodzimy na ulicę, bo to wymaga zupełnie innego entourage’u, innych środków. Słowem, śpiewem, tańcem wypełniamy każdą przestrzeń – na scenie jest nas dwadzieścia osób plus orkiestra i z tego lepimy całość.

A.K.M. Czy można powiedzieć, że stworzyliście nowy gatunek teatru?

fot. naScenie.info
Stanisław Dembski fot. naScenie.info

S.D. Na pewno jesteśmy niepowtarzalni, w pewnym sensie staliśmy się nową jakością teatralną. Nie korzystamy ze zdobyczy techniki. Kiedy gramy w salach, nie używamy nagłośnienia. Ciężko pracujemy nad głosami, dlatego też występujemy tak, jak to było przed wojną. Bez mikrofonów. Bez multimediów. To zabija magię teatralnego świata. Chcemy, żeby to, co pokazujemy, było maksymalnie prawdziwe.

A.K.M. Jakie są najbliższe plany Teatru Pijana Sypialnia?

S.N. W lecie dużo występujemy. Przygotowujemy też premierę „Wesela”, do którego zatrudniamy całą naszą machinę – wystąpi trzydziestoosobowa orkiestra, cały zespół taneczny „Woda na młyn”, który liczy sześćdziesiąt osób, wszystkich aktorów oraz zespół wokalny. Klimaty ludowe, taneczne…proszę trzymać kciuki.

A.K.M. Trzymamy kciuki i do zobaczenia na Waszych spektaklach!

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ