fot. archiwum teatru teatrbarakah.com / fotograf Bartosz Tryboń

Zapraszamy do lektury niezwykłej opowieści o smakach i związanych z nimi wspomnieniach wybitnej aktorki LIDII BOGACZÓWNY, którą można oklaskiwać na scenie Teatru im. J. Słowackiego oraz Teatru Barakah,a niebawem w produkcjach Agencji Artystycznej „Scena na Scenie”.

Jedną z większych przyjemności tutaj jest jedzenie. Zaspokaja aż trzy zmysły: wzroku, zapachu i smaku. Jest to jedyna ze sztuk, bez której nie da się wyżyć. Są tacy, którzy o sztuce kulinarnej potrafią rozmawiać godzinami. A eksperci w tej dziedzinie robią wszystko, żeby chłonąć ją jak największą powierzchnią ciała. Dlatego poszerzają się do ogromnych rozmiarów, smakując jedzenie całym sobą.

Smaki trzeba przechowywać w pamięci na całe Życie, bo wiele z nich ginie w Czasie, który się kurczy. Jedzenie jest coraz bardziej jałowe, bo nie jest przyprawione cennymi godzinami. Nie ma już na nim linii papilarnych, bo żywią nas maszyny.

Na szczęście są strażnicy tradycji. Dawniej to była Babcia, teraz Mama. Kiedy jadę z dziećmi do Mojego Miejsca na Ziemi po kolejną porcję energii, dostaję ją w pierogach, gołąbkach, tortach. Ja robię takie same, a przecież smak mają zupełnie inny i dla mnie i dla Dzieci. Chociaż chyba zaczynam rozumieć, dlaczego. Ja robię pierogi z sera, ziemniaków, mięty, gołąbki z ryżu, mięsa, a Mama z Czasu przepełnionego czekaniem, doprawia Tęsknotą, zawija w liście Wspomnień i Niepokoju.

Kiedy byłam bardzo mała gołąbki robił Dziadek. Te z kolei miały smak tęsknoty za Ziemią, na której spędził dzieciństwo i młodość, a którą Zwycięzcy zabrali na zawsze. Smak „mniasta”, do którego nigdy nie było mu wolno powrócić, smak straconego Swojego Miejsca.

Czasu wtedy nie było. Przynajmniej nie dla mnie. Był zegar z kukułką – cudowny obrazek lasu z muchomorkiem. Zegar, ścienny zegar. Nie odmierzał Czasu, był ładny. Za oknem Świat zmieniał kolory, a w domu była Babcia. Babcia była zawsze, była Nieskończonością w kuchennym fartuchu. To Ona przywoływała dzień. Cieniutkim głosikiem, cichutko, bezpiecznie:

Kiedy ranne wstają zorze,
Tobie Ziemia, tobie morze,
Tobie śpiewa żywioł wszelki
Bądź pochwalon Boże Wielki.

Zaklinała ogień pod kuchnią, żeby był cug. Za chwilę na stole stał dzbanek do kawy, emaliowany, niebieski we wzorek, a w nim Niekawa. Smalec, pyszny, pachnący cebulką. W dzień mieszkał na stole, a na noc szedł spać do spiżarki. Do tego pyszny bochenek chleba. Babcia kroiła cieniutkie kromki, podnosiła wyżej do światła:

  • Widzicie? Widać światła Szarego Miasta, takie cienkie.

A do picia była ciepła woda z miodem. W zimie, a w lecie? Chleb ten sam, ale kromka koniecznie przez cały chleb, długa, posypana cukrem i polana ciepłą wodą. Smak dzieciństwa i ogrodu. Szkoda marnować Czasu na wykwintności – Babciu! Zrób wodziankę.

Babcia kroiła chleb w kostkę. Musiał być czerstwy, krojony nożem, do kciuka. Pamiętam, jak wtedy skrzypiał. Do miski z chlebem wkładała łyżkę smalcu ze skwarkami, potem sól, pieprz, maggi, czasami kawałek czosnku, czasami „kogutka” i zalewała gorącą wodą. I już. „Nie ma szenszu na romanszu”. Już nigdy nie zjem wodzianki. Boję się, że nie odnajdę tamtego smaku. A Babcia? Zamykała dzień, jak smalec do spiżarki, śpiewając:

Wszystkie nasze dzienne sprawy
Przyjm litośnie Boże prawy,
A gdy będziem zasypiali
Niech Cię nawet sen nasz chwali.
I noc mogła przyjść.

Był też Pan Piela. Pojawiał się na końcu ulicy, a to znaczyło, że był czwartek – „jar mak”. Szedł ubrany w ogromne kosze, związane sznurkami i przewieszone przez ramiona. Opakowany w czapkę, jesionkę ściągniętą paskiem, grube, „nadmuchane” spodnie, a cały pachniał serwatką. Miał ogromną twarz pooraną bruzdami i potężny głos. Nasz dom był pierwszy na jego trasie, jako że Mama była najlepszą klientką. Wiedziałam, że był zza Rzeki. Rozkładał swoje kosze na podłodze w kuchni i zachwalał po kolei Skarby niedoścignione. Osełki żółtego masła we wzorki robione łyżką. Z każdej trzeba było spróbować kawałeczek. Taki cotygodniowy rytuał. Brało się do ust i przebierało się szybko językiem, żeby poczuć smak.

  • Oj! Panie Piela, przecież to masło jest gorzkie. Krowa na pewno cielna.
  • Co Pani mówi! To nie z mojej krowy. Sąsiad mi dał do sprzedania. Pewnie nawet nie wie, że cielna.

I wszyscy udawali, że to prawda. Potem szły sery. Suche były w serduszko, ale my brałyśmy tylko tłuste twarogi. Potem jajka, śmietana w kankach. Odlewał nam do garnka. Co chwilę słychać było ‑ chlup ! i kawał bardzo gęstej śmietany, wpadał do rzadszej i rozchlapywał kropelki po stole i po naszych twarzach. A na koniec konspiracja! Tylko dla bardzo zaufanych klientów, ukryta na spodzie swojska kiełbasa pachnąca czosnkiem, pełna pysznej, słonej galaretki. O tym mówiło się szeptem, żeby Zwycięzcy nie słyszeli. Chyba mylili kiełbasę z nielegalną bronią, ale przy ich ilorazie inteligencji to całkiem prawdopodobne.

Nareszcie pozbywszy się u nas dowodów winy, Pan Piela składał cały majdan i szedł dalej do swoich najlepszych klientów, żeby kiedyś znowu zjawi się na końcu ulicy.

Dom długo jeszcze pachniał serwatką. Przez następne parę dni jedliśmy ser ze śmietaną i trymbulką – tak Dziadek mówił na szczypiorek, jajka na twardo posiekane i wymieszane z pachnącym masłem i rzodkiewką.

Wszyscy mieli wtedy jakieś baby, ale tylko my mieliśmy Pana Pielę

A lody Pani Sowy? Takich lodów nie ma na Świecie, tylko w wyobraźni. Jedna gałka kosztowała 1 zł. Pani Sowa miała stosy wafli pociętych na kwadraty. Brała jeden, z ogromnego parującego termosu specjalną łyżką wyjmowała pachnące lody waniliowe, kładła na wafel, robiła ciach-ciach i już gałka gotowa, jedna, druga, trzecia… Potem przykrywała to drugim wafelkiem. Proszę! Teraz manewry, żeby nie pokapać sukienki w motyle. Język wybierał z wafelków twardą, żółtą, pachnącą mocno wanilią, nie waniliną, masę. Były też czekoladowe i owocowe. Pani Sowa robiła je nocą. Gotowała w ogromnych garach, które pochłaniały setki jajek i hektolitry mleka. Prawdziwego oczywiście, od krowy, a nie od maszyny. Kto by dzisiaj się w to bawił! Na te lody wydawałam cały mój ówczesny majątek. A kiedy już nic nie miałam, Babcia mówiła:

  • Zarób sobie. Patrz, ile wiśni. Mają to szpaki zjeść? Dary Boże nie mogą się zmarnować.

Sama musiałam zebrać parę wiader, żeby to potem sprzedać. Dostawałam za to grosze, ale to były moje pieniądze, ciężko zarobione. A takie dużo rozsądniej się wydaje. Z wiśniami i tak było łatwiej niż z jagodami. Te zbierałyśmy w Jagodowym Lesie. Najtrudniej było zapełnić dno kubeczka. Potem szło już szybciej, i kiedy kubeczek był już „z górką”, wsypywało się do wiadra. A dno wiadra ogromne. Jagody rozsypywały się po nim pojedynczo. Boże, chyba do wieczora tego nie zapełnię! W lesie nie jadło się jagód. Żal było każdej kuleczki nie wrzuconej do wiadra. Zazdrosne o swoje terytorium czerwone mrówki wściekle kąsały, a najpiękniejsze jagody były przy ogromnych mrowiskach. Czasami spod nóg bezszelestnie wysunęła się miedzianka, albo zaskroniec. To mnie mobilizowało do panicznego zbierania. Ale jakie to miało znaczenie, kiedy drapiąc się po nogach pokłutych przez igliwie i pogryzionych przez mrówki jadłam pierogi z jagodami, z kwaśną śmietaną i cukrem pudrem.

Musimy pamiętać, że Dary Boże nie mogą się zmarnować.

fot. archiwum prywatne / Lidia Bogaczówna
fot. archiwum prywatne / Lidia Bogaczówna

ZOSTAW ODPOWIEDŹ