fot.M.Lubiejewski

 

Pijana Sypialnia to największy niezależny polski teatr. Założony w 2012 roku przez sześciu młodych aktorów i Stanisława Dembskiego, obecnie liczy stu wykonawców, w tym: aktorów, tancerzy, wokalistów oraz muzyków. Autorskie spektakle oraz koncerty zespół prezentuje zazwyczaj w niebanalnych, zaskakujących przestrzeniach, a także w plenerze. Pijana Sypialnia ceniona jest przez krytykę i znawców teatru za wysoką kulturę sceniczną łączącą wszystkie elementy sztuki estradowej oraz nietuzinkowy repertuar inspirowany odsuniętymi do lamusa konwencjami teatralnymi, a także folklorem. Zespół jest laureatem wielu prestiżowych nagród na licznych festiwalach teatralnych.

Podczas 30. Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Ulicznych w Krakowie spotkałam się z pomysłodawcą, założycielem oraz szefem artystycznym Pijanej Sypialni Stanisławem Dembskim oraz Sławomirem Narlochem – aktorem i dyrektorem teatru.

Anna Małachowska: W ubiegłym roku przywieźliście do Krakowa fantastyczny, folklorystyczny spektakl Łojdyrydy. Podczas tegorocznej edycji festiwalu zaprezentowaliście Latarnika na podstawie noweli H. Sienkiewicza. Lubicie powracać do Krakowa?

Stanisław Dembski: Doceniamy bardzo fakt, że festiwal stale się rozwija, że z roku na rok pojawiają się na nim nowe formy. Mimo, że graliśmy codziennie, udało nam się obejrzeć kilka przedstawień, nawet jeśli nie w całości, to choć częściowo. Zachwyciła mnie zagroda wiejska Teatru Wagabunda na Placu Szczepańskim, co jest dowodem na to, że nawet kameralnymi formami i skromnymi środkami, a nie zawsze wielkimi widowskami oprawianymi muzyką czy fajerwerkami, można zbliżać ludzi, prowokować czy wciągać do fajnej zabawy w takim nieco odrealnionym świecie. W tym roku przywieźliśmy do Krakowa naszego Latarnika, który jest w zasadzie kabaratem na bazie noweli Sienkiewicza. Baliśmy się trochę tego spektaklu, bo nie byliśmy do końca pewni, czy zrealizujemy nasze zamierzenie tak, aby publiczność była zadowolona. Ale wyszło trochę śmiesznie, trochę zaskakująco. Z przymrużeniem oka nieco zadrwiliśmy z naszych narodowych przywar, co bardzo spodobało się widzom.

Sławomir Narloch: To jest nasza czwarta wizyta na krakowskiej ULICY i jest to dla nas fantastyczne, że mamy już tutaj swoją stałą publiczność, która co roku „na nas” przychodzi. Szczególnie upodobali nas sobie krakowscy licealiści i gimnazjaliści – to jest bardzo miłe, kiedy tacy młodzi ludzie podchodzą do nas po spektaklu pytając, z czym przyjedziemy za rok!

Stanisław Dembski: Ponieważ w tym roku pogoda nie do końca dopisała, w jeden wieczór, kiedy mieliśmy grać, zaczął padać deszcz. Mimo, że przedstawienie odbyło się z ponad godzinnym opóźnieniem, publiczność czekała na nasz występ. To było super miłe. To, co jest fenomenem tego festiwalu, to w zasadzie przedstawienia nie są odwoływane. No może gdyby było tornado, to by się tak stało, głównie z powodów technicznych. Ale deszcz nam (mówiąc nam mam na myśli całą festiwalową brać) niestraszny.

A.M. Jakie są plany Pijanej Sypialni na najbliższy czas i z czym przyjedziecie do Krakowa za rok?

Stanisław Dembski: Obchodzimy pięciolecie działalności naszego teatru, więc jest to czas pewnych podsumowań. Przygotowaliśmy z tej okazji wspaniały spektakl – Sławek wyreżyserował Wesele, w którym występuje nasz pełny skład, czyli 100 artystów. Dodam – skoro to czas podsumowań – że zaczynaliśmy od sześcio-osobowego zespołu. Wesele jest spektaklem przełomowym, ponieważ został on zrealizowany przez moich wychowanków. Na Tyskich Spotkaniach Teatralnych, do których zostaliśmy wyselekcjonowani spośród wielu polskich grup, Sławek dostał nagrodę za reżyserię, co było naszym wielkim sukcesem. Z uwagi na fakt, że zespół się rozrósł, podzieliliśmy się na dwie grupy – zespół śpiewający zrealizował spektakl na bazie Wandurskiego Śmierć na gruszy, do którego Sławek napisał swój autorski scenariusz, a zatytułowaliśmy go Klapsy. Staraliśmy się w tym spektaklu odtworzyć nieco klimat dawnej Piwnicy pod Baranami. Równolegle Sebastian Słonimski, student Akademii Teatralnej, na podstawie scenariusza naszej aktorki Karoliny Lichocińskiej, zrealizowal z drugą częscią zespołu uwspółcześnioną komedię dell’arte zatytułowaną Sztuczki. Ponieważ nasz repertuar, podobnie jak zespół, znacznie się rozszerzył, będziemy się musieli poważnie zastanowić nad tym, co przywieziemy do Krakowa na przyszłoroczny festiwal uliczny. Być może spotkamy się z naszą krakowską publicznością dużo wcześniej, bo już w październiku – dyrektor Zoń planuje zaproszenie nas na obchody roku Wyspiańskiego na Rynek Podgórski, ale nasze Wesele to ogromne widowisko, zobaczymy, czy uda się to przedsięwzięcie. Chciałbym jeszcze dodać w ramach tego podsumowania naszej działalności, że naszym wielkim sukcesem było zaproszenie naszego zespołu na jeden z najstarszych polskich festiwali teatralnych – Zamojskie Lato Teatralne – gdzie otrzymaliśmy Buławę Hetmańską, nagrodę publiczności. Byliśmy jedynym zespołem offowym, a naszymi rywalami były między innymi Teatr Narodowy i Teatr Dramatyczny z Warszawy.

Sławomir Narloch: Na chwilę obecną mamy w repertuarze osiem spektakli, bardzo różnorodnych, które gramy bez przerwy. Przy okazji Klapsów planujemy zrealizowanie koncertu, do którego napisaliśmy już psalmy. Czeka nas także przygotowanie koncertu świątecznego z naszą orkiestrą i chórem. Musimy też zaplanować repertuar na kolejne lato, bo przecież Teatr Pijana Sypialnia kojarzona jest najbardziej z tą porą roku.

Stanisław Dembski: Uruchamiamy pokłady, które „drzemią” w naszych aktorach. Sławek napisał sztukę, Karolina Lichocińska zrobiła adaptację komedii dell’arte, świetną muzykę przygotowuje dla nas Daniel Zieliński, którą choreograficznie oprawia Mariusz Żwierko.

Sławomir Narloch: Stworzył się stały team, który wyznacza określony kierunek i język, z którym się kojarzymy. Ciężko nas z kimkolwiek pomylić.

A.M. Gdy rozmawialiśmy w ubiegłym roku, byliście teatrem bez siedziby. Czy coś się zmieniło?

Stanisław Dembski: Nie, nadal współpracujemy na zasadzie umowy partnerskiej z Ośrodkiem Dorożkarnia w Warszawie. Obawiamy się stagnacji, własnej sceny.

Sławomir Narloch: Chcemy jeździć po Polsce, a nie grać w jednym miejscu. Podróż, którą zaczęlismy pięć lat temu sprawia nam wielką frajdę, ale też nas rozwija. Chcemy być mobilni. Z resztą Narodowy Teatr Szkocji działa dokładnie na takiej samej zasadzie, czyli bez własnej siedziby. Więc czemu my mielibyśmy inaczej?

A.M. Życzymy Wam zatem szerokiej teatralnej drogi oraz ciekawych zakrętów!

fot. M. Lubiejewski