Poniżej wakacyjna recenzja spektaklu Notre Dame de Paris z Teatru Muzycznego w Gdyni autorstwa naszej redakcyjnej koleżanki Marty Cecelskiej:

To zadziwiające, jak długo niektóre spektakle potrafią być największym kulturalnym wydarzeniem roku. Premiera Notre Dame de Paris w Teatrze Muzycznym im. Danuty Baduszkowej w Gdyni miała miejsce już przeszło dwa lata temu, a mimo to wciąż wzbudza podobne emocje, jakie wywoływały pierwsze przedstawienia. Bez wątpienia to jeden z tych musicali, na który należy się wybrać, bowiem nawet jeżeli ktoś nie przepada za takim rodzajem teatru, historia ukryta za murami paryskich katedr powinna przypaść do gustu swoją fabułą, kultową już ścieżką dźwiękową oraz scenografią.

Akcja ma miejsce w średniowiecznej Francji. Grupa cyganów, żebraków i włóczęgów błaga o względy przed katedrą Notre Dame. Przywódca Clopin (Łukasz Zagrobelny) nie otrzymuje niestety upragnionego azylu, bowiem archidiakon Frollo (Piotr Płuska) nie zgadza się na żadne ustępstwa względem błagającego tłumu. Wszystko się jednak zmienia, gdy oczom duchownego ukazuje się piękna cyganka Esmeralda (Maja Gadzińska). Co jednak ważniejsze dla tej opowieści – w Esmeraldzie zakochuje się także ten, który nie powinien żywić żadnych głębszych uczuć do nikogo. Mowa tutaj o dzwonniku z Notre Dame, Quasimodo (Michał Grobelny).

Warto wiedzieć, że polska publiczność ma szansę obejrzeć niemal identyczne przedstawienie Notre Dame de Paris, które oklaskiwała francuska widownia, ponieważ reżyserem  polskiego musicalu jest sam Gilles Maheu, który zrealizował oryginalną wersję. Można się sprzeczać, czy to dobrze czy źle – zwolennicy docenią fakt, iż mają do czynienia niemal z oryginałem, natomiast przeciwnicy mogą narzekać, że Polska nie otrzymała „własnego” przedstawienia. Nie warto się jednak nad tym zastanawiać, bowiem Notre Dame de Paris broni się na medal zarówno realizacją, jak i wykonaniem.

Historia mająca miejsce w XV-wiecznym Paryżu to z jednej strony piękna opowieść o sprawczej mocy miłości, z drugiej strony – smutny obraz świata, który wcale nie różni się od czasów współczesnych. Widzowi bardzo łatwo odnaleźć się w świecie przedstawionym, a ze względu na niejednoznaczność niektórych rozwiązań fabularnych (bowiem w Notre Dame de Paris nic nie jest ani czarne, ani białe), sztuka dotyka tego rodzaju wrażliwości, o który kultura powinna szczególnie dbać: uczy, bawiąc.

Ogromnie ważnym elementem przedstawienia był zatem dobór aktorów. Niewątpliwie najtrudniejszą do odegrania rolę otrzymał Quasimodo, który musiał z jednej strony odpychać swoją aparycją, z drugiej strony zachęcić widza, by ten docenił jego piękne, dobre wnętrze. W tym zadaniu Michał Grobelny sprawdził się znakomicie zwłaszcza podczas niesamowicie wzruszającego i szczerego utworu zatytułowanego Belle. W trudnym zadaniu wspierała go – obdarzona wyjątkowo czystym i wysokim głosem – Maja Gadzińska w roli Esmeraldy. Zachwycał także Jan Traczyk w roli poety (wspaniałe wykonanie songu Czas katedr wymagającego dużych umiejętności wokalnych) oraz Łukasz Zagrobelny w roli Coplina, który utworem Azyl wywołał dreszcz emocji. Dla takiej obsady warto było przyjść.

Jak już wspominałam, gdyńskie Notre Dame de Paris ze względu na prawa autorskie jest niemal bliźniaczą siostrą francuskiej wersji, dlatego scenografia nie rożni się wiele od tej, którą można zobaczyć w Internecie. Jeżeli miałabym określić jednym słowem wystrój sceny, nazwałabym go przygnębiającym. Królują różne odcienie niebieskiego, które – by podkreślić grozę – wymieniają się z czerwonymi lampami. Podczas spektaklu spotkamy się raczej z małą ilością artystycznych udziwnień – wyjątkowe są głównie ruszające się wieże z goblinami na szczycie z pierwszego aktu. O wiele efektowniejsze są układy taneczne oraz grupa akrobatów wspinająca się po ścianie katedry. Z jednej strony jest więc skromnie, gdzie skromnie być powinno (czyli przy balladach), a z drugiej strony różnorodnie, gdy wymaga tego żywiołowy utwór.

Jeżeli jest ktoś, kto uważa się za miłośnika musicali, koniecznie powinien wybrać się na Notre Dame de Paris, bowiem jest to swego rodzaju „must see”. Natomiast absolutnie każdy będzie mile zaskoczony, jeżeli tylko pozwoli oczarować się tej pięknej, wzruszającej, a także szczerej historii. Gorąco polecam –  takie przedstawienie po prostu warto samemu zobaczyć!

 

 

 

 

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ