Tegoroczna Noc Teatrów obfitowała w wiele atrakcyjnych wydarzeń. My spędziliśmy ją w Teatrze Ludowym, gdzie obejrzeliśmy spektakl na podstawie sztuki Tennessee Williamsa Kotka na gorącym blaszanym dachu wyreżyserowany przez Jacka Poniedziałka, który także na nowo przetłumaczył tekst. Jego przedstawienie skupia się wokół – dalekich od idealnych – rodzinnych relacji, między innymi pomiędzy mężem a żoną, ojcem a synami, braćmi oraz szwagierkami.

Spektakl rozpoczyna symboliczna etiuda w wykonaniu mężczyzny ubranego w strój amerykańskiego futbolisty, który niczym senna mara przywołuje wspomnienie z przeszłości. W miarę upływu czasu (i akcji) wychodzi na jaw, że to wspomnienie tragicznie zmarłego przyjaciela (a może więcej niż przyjaciela) Bricka, Skippera.

Następnie scena zostaje rozświetlona, a scenografię tworzą półokrągłe karnisze z czarnymi, zwiewnymi zasłonami symbolizującymi zawoalowane (czytaj: pełne hipokryzji) stosunki rodzinne. Pojawia się Maggie (fantastyczna pod każdym względem Iwona Sitkowska), prowadząc dyskusję z mężem – Brickiem, który w wyniku kontuzji zamknął się w sobie, a jedyną rozrywką stał się dla niego alkohol. Maggie pragnie bliskości, której kulawy mąż nie może i nie chce jej dać, tłumacząc się … nienawiścią do żony. Scena ta stanowi zapowiedź patologicznych relacji pomiędzy wszystkimi członkami rodziny, począwszy od Wielkiego Taty, po dzieci.

Bardzo dobrym rozwiązaniem jest umiejscowienie spektaklu nie tylko na scenie, ale także w przestrzeni na widowni. Aktorzy pojawiają się w różnych miejscach, z tym, że rodzinne rozmowy i dyskusje odbywają się w domu, a zatem na scenie. Jednak urodzinowe party Big Taty (rewelacyjny Kajetan Wolniewicz) odbywa się po części na widowni. Tym mocniej brzmią jego słowa – pełne wulgaryzmów (całkowicie w tym przypadku uzasadnionych), w których zawiera wszystkie swoje pretensje do rodziny o to, że rości sobie prawa do ogromnego majątku na wieść o diagnozie, która jest wyrokiem śmierci na seniorze rodu.

Zwieńczeniem urodzin Wielkiego Papy są fajerwerki, wizualizacjami których wypełnia się przestrzeń sceniczna. Podczas feerii sztucznych ogni następuje zmiana scenografii – opadają zasłony – półkoliste karnisze lądują na scenie, a w tle pojawia się jasnoróżowa poświata – mamy wrażenie, że wszyscy bohaterowie znajdują się na tytułowym gorącym, blaszanym dachu. Scenografia oddaje emocje chwili – nerwowość nacechowaną spiskiem brata Bricka, Coopera i jego ciężarnej (po raz piąty) małżonki, którzy chcą zagarnąć cały majątek Big Papy, a także rozpacz Big Mamy na wieść o stanie zdrowia męża. Sytuacja staje się patowa. Rodzina jawi się jako wygłodniałe stado hien czyhających na swoją ofiarę – padlinę (Wielkiego Papę), który zostawi im ogromny majątek…Scena ta uwypukla charakter każdej z postaci, która na swój sposób radzi sobie (lub nie radzi) z sytuacją, która teoretycznie powinna wszystkich do siebie zbliżyć, a w praktyce dzieli.

Spektakl w reżyserii Jacka Poniedziałka wypełniony jest rozedrganymi emocjami, które pozostają w nas na długo po opuszczeniu teatru. Refleksja na temat obecności drugiego, bliskiego człowieka w naszym życiu, roli, jaką odgrywa, sensu, jaki wnosi do naszej egzystencji – o tym myślimy, kiedy gasną światła na widowni. Relacje międzyludzkie od wieków stanowią temat do rozważań psychologów, psychoanalityków i czasem psychopatologów. Spektakl nie odpowie nam na pytanie – jak najlepiej budować relacje rodzinne, ale z pewnością zmusi nas do zastanowienia się nad naszymi doświadczeniami z najbliższymi, do przeanalizowania rodzinnych układów. To jego wielka wartość.

Trzeba zobaczyć!

fot.archiwum Teatru Ludowego (Michał Ramus)