fot. Łukasz Piecyk

Ostatnia premiera, która odbyła się w Teatrze Muzycznym w Toruniu, odbiła się echem w całej Polsce – sztuka Anny Burzyńskiej „Akompaniator” została  przyjęta owacyjnie, a grająca w niej Edyta Olszówka wraz z Piotrem Polkiem stworzyli wspaniałe kreacje z gatunku takich, których się nie zapomina. Między próbą a spektaklem Edyta znalazła czas dla portalu nascenie.info, aby opowiedzieć o przygotowaniach do roli operowej divy oraz o swoim zawodzie.

Anna Małachowska: Czy  po przeczytaniu tekstu Anny Burzyńskiej miałaś od razu wizję, jak przedstawisz swoją postać w „Akompaniatorze”?

Edyta Olszówka: Nie. Zupełnie nie. Tekst sztuki, każdej sztuki, stanowi pewien fundament. Jest on tym samym dla aktora, co nuty dla muzyka. Ale tutaj najważniejsza jest jednak wizja reżysera, a nie moja. Na etapie czytania mogę tylko ocenić, czy dany materiał mnie interesuje.

Anna Małachowska: „Akompaniator” był już kilkakrotnie inscenizowany. Często reżyserzy przedstawiali go jako farsę. W wersji Adama Sajnuka jest psycho-thrillerem. Czy dajesz odgrywanej przez siebie postaci (divy operowej) część siebie?

Edyta Olszówka: Zawód aktora polega na tym, że stawia się siebie – swoje emocje, uczucia, psychikę w różnych sytuacjach. Czerpie się z doświadczenia albo z wyobraźni. Ale naszymi aktorskimi instrumentami są ciało i dusza, więc wszystko, co się gra, jest „dawane z siebie”. Każda rola jest oparta na osobowości aktora.

Anna Małachowska: Teatr bywa dla widza przeżyciem zastępczym. Czy w „Akompaniatorze”, jako aktorka doświadczasz takiego przeżycia?

Edyta Olszówka: Wiele rzeczy jest opartych na pewnym wyobrażeniu. Nie muszę zabić, żeby zagrać mordercę (śmiech).

Anna Małachowska: Kto był/jest Twoim mistrzem?

Edyta Olszówka: Ponieważ jestem osobą, która czerpie „z tu i teraz”, szukam inspiracji w teraźniejszości. Dla mnie mistrzem jest Adam Sajnuk czy Piotrek Cieplak. To reżyserzy, którzy pozwalają się rozwijać. Aktor zawsze czuje, że ma do czynienia z kimś ważnym. A legendy? Miło wspominam… Ale to mnie nie odmieniło. Było po prostu rodzajem aktorskiej przygody. A praca z Adamem przy „Akompaniatorze” dała mi autorefleksję, w jakiś sposób mnie odmieniła. I to jest dla mnie kwintesencja słowa mistrz.

Anna Małachowska: Teatr, film, seriale… co stawiasz na pierwszym miejscu?

Edyta Olszówka: Pewnie cię rozczaruję, ale nie mogę odpowiedzieć jednoznacznie. Aktor jest poniekąd zawsze w sytuacji szukającego pracy. To nie jest tak, że siedzimy i przebieramy w propozycjach między spektaklami a filmami. Skończyłam szkołę filmową i zawsze myślałam, że moim „terytorium” będzie film. Ale zdarzyło się inaczej i już od dwudziestu pięciu lat jestem w teatrze. Wcześniej w Powszechnym, a od pięciu lat w Narodowym. Ponieważ zawód aktora ma różne kolory i odcienie, to  nie da się chyba powiedzieć, że coś jest ważniejsze, na przykład teatr od filmu. Coś daje mniejsze finanse, a coś większe, coś jest tu i teraz – tak jak film, albo coś można wypracować, tak jak w teatrze, kiedy jest czas na próby i pewne „dochodzenie” do roli. W serialu z kolei jest bardzo szybkie odcinanie kuponów, bo tam czas to pieniądz. Jeszcze czymś innym jest dubbing. Wielu moich kolegów aktorów prowadzi też szkolenia. Ten zawód jest jak kameleon. Bardzo chciałabym grać dużo w filmie, ale to się zdarza od czasu do czasu. Na co dzień jestem w teatrze. Stał się dla mnie drugim domem. Mogę na szczęście powiedzieć, że kocham mój zawód. I teatr, i film, i serial.

Anna Małachowska: Najbliższe plany zawodowe to …?

Edyta Olszówka: Nie mam żadnych konkretnych nowych planów. Gram teraz  w „Elementarzu” Piotra Cieplaka w Teatrze Narodowym na Dużej Scenie. Także tam można mnie zobaczyć w „Kotce na gorącym blaszanym dachu”, w „Garderobianym” oraz w „Białym małżeństwie”. Do tej listy dołączył „Akompaniator” w Toruniu, którego mamy grać dość regularnie. A tak w ogóle, zobaczymy, co będzie jutro (śmiech).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ