Życie Marleny Dietrich to idealny materiał na scenariusz filmowy bądź teatralny. Legendarna niemiecka aktorka i piosenkarka swoją wielką karierę rozpoczęła w latach 30. ubiegłego stulecia rolą kabaretowej artystki Loli w filmie Josepha von Sternberga Błękitny anioł. Po ogromnym sukcesie tej produkcji Marlena stała się gwiazdą Hollywood, ikoną światowego kina, a także symbolem erotyzmu i sensualizmu. Była przyjaciółką Jean Gabina, Ericha Marii Remarque`a, Kirka Douglasa, Ernesta Hemingwaya, a także – choć spędzili ze sobą tylko kilka godzin – Zbigniewa Cybulskiego. Z licznych zachowanych dokumentów, listów, wywiadów udzielonych przez samą artystkę oraz jej córkę Marię Rivę, wspomnień przyjaciół i licznych partnerów oraz osobistej sekretarki, wyłania się portret femme fatale, przez jednych uwielbianej i podziwianej, przez innych znienawidzonej ze względu na radykalne odcięcie się od hitlerowskich Niemiec, przyjęcie obywatelstwa amerykańskiego oraz występy dla amerykańskich żołnierzy na frontach II wojny światowej. Krakowski reżyser Józef Opalski postanowił przenieść historię życia Marleny Dietrich na warszawską Scenę Kameralną Teatru Polskiego im. Arnolda Szyfmana. I była to bardzo dobra decyzja!

Na scenie występują dwie Marleny: młoda, seksowna, u szczytu sławy, uwielbiana przez publiczność, ale też ostro krytykowana za sprzeciw wobec polityki Hitlera oraz starsza, sfrustrowana przemijaniem, uzależniona od whisky i leków, która wraca do przeszłości dyktując autobiografię swojej francuskiej sekretarce. Dzięki takiemu zabiegowi Józef Opalski, bazując na scenariuszu Janusza Majcherka, stworzył dualistyczny portret artystki – wybitnej aktorki i piosenkarki oraz dojrzałej kobiety niegodzącej się z utratą młodości, sławy i zdrowia. Podział na dwie czasoprzestrzenie był niewątpliwie dobrym zamysłem reżysera, podyktowanym poniekąd przez samo życie Marleny Dietrich. Przemyślana scenografia Pawła Dobrzyckiego znakomicie ten podział ilustruje. I tak jedna przestrzeń imituje scenę, na której młoda, piękna Marlena opowiada wydarzenia sobie teraźniejsze ubarwiając je wykonywanymi na żywo piosenkami, druga zaś jest pokojem w paryskim mieszkaniu artystki, w którym odizolowana od świata spędziła kilkanaście lat po niefortunnym upadku ze sceny na początku lat siedemdziesiątych. To właśnie wtedy zaczęła uzależniać się od alkoholu i leków – poza osobistą sekretarką nie chciała nikogo widywać, a jedyną formą kontaktu był telefon. Dnie spędzała w łóżku – sypialnia stała się jej schronieniem i azylem. Tam dyktowała Normie Bosquet – sekretarce i powiernicy swoje mocno podkoloryzowane bądź przeinaczone wspomnienia. Relacja z Normą i ich wspólne rozmowy, podczas których dziewczyna prowokowała artystkę do intymnych zwierzeń, pozwalają w spektaklu Opalskiego dostrzec w Marlenie kobietę szczerą i wrażliwą, jednak w autobiografii artystka nie ujawniła tych cech. Stworzyła własną legendę.

fot.archiwum Teatru Polskiego w Warszawie

Wydarzeniem stanowiącym zalążek akcji scenicznej spektaklu, ale także w pewnym sensie będącym punktem zwrotnym życia Marleny Dietrich, było zaproszenie jej na plan filmu Zwyczajny żigolo, jakie wystosował do niej reżyser i producent David Hemmings – ikona przemysłu filmowego lat 60. Na planie tej produkcji miała pracować z Davidem Bowie. Skuszona możliwością spotkania z kultowym artystą, zgodziła się wziąć udział w produkcji. Ostatecznie z Bowie’m się nie spotkała, ale od tego momentu uświadamiającego Marlenie jej przemijanie (nieobecność gwiazdora była dla niej ciosem) rozpoczyna się spektakl Józefa Opalskiego.

fot.archiwum Teatru Polskiego w Warszawie

Nie powstałby on zapewne, gdyby nie determinacja Izabelli Bukowskiej-Chądzyńskiej, kreującej w przedstawieniu Marlena. Ostatni koncert młodą Dietrich. Andrzej Seweryn, dyrektor Teatru Polskiego w Warszawie, postanowił dać szansę jej marzeniu i pomysłowi, z którym przyszła do niego dwa lata temu. „Zapytałam pana dyrektora, czy moglibyśmy przenieść na deski Teatru Polskiego mój wcześniej przygotowany projekt o Marlenie Dietrich. Dyrektor artystyczny naszego teatru, Janusz Majcherek stworzył scenariusz obecnej formy spektaklu i tak oto rozpoczęliśmy pracę nad naszym przedstawieniem. Postać wielkiej ikony filmu i piosenki zafascynowała mnie. Pokochałam Marlenę jeszcze bardziej w trakcie pracy, kiedy poznałam cały jej życiorys. Specjalnie do tego przedstawienia uczyłam się śpiewać po niemiecku tak jak ona, z tym charakterystycznym nosowym brzmieniem, a angielskich piosenek z niemieckim akcentem uczył mnie mój amerykański przyjaciel. To nie była łatwa praca, ale w tym jesteśmy podobne z Marleną – pochodzę z Poznania i niemiecki styl wychowania – dokładność i perfekcjonizm mam we krwi”  – opowiadała mi po premierze Izabella.

fot.archiwum Teatru Polskiego w Warszawie

Realizatorzy spektaklu podjęli się zadania opowiedzenia historii Marleny Dietrich prawdziwie, zachowując przy tym odpowiedni balans pomiędzy Marleną – artystką i Marleną – kobietą. Nie oceniają jej postępowania – nie gloryfikują go, ani też nie usprawiedliwiają. Ukazują postać bez poddawania jej psychoanalizie. To opowieść o kobiecie – aktorce ze wszystkimi jej zaletami i wadami, a także o jej namiętnościach i niewyobrażalnej samotności. Grażyna Barszczewska gra Marlenę u kresu jej życia przejmująco, prawdziwie, słowem wybitnie. Odziera ją z mitu i własnej legendy ukazując całą jej słabość. Sama Marlena nigdy by tego nie zrobiła. Barszczewska nie miała oporów przed ucharakteryzowaniem się na starą, oszpeconą nałogami kobietę, czym zintensyfikowała weryzm kreowanej bohaterki. Jej Dietrich autentycznie wzrusza. Urzeka też pięknem, którym epatuje w finale. Zachwyca. Dla Izabelli Bukowskiej – Chądzyńskiej nie lada wyzwaniem było z pewnością zagrać u boku wielkiej damy polskiej sceny. W dodatku wspólną postać. Młoda aktorka świetnie odnalazła się na scenie w roli Marleny u szczytu sławy. Pięknie zarówno wizualnie, jak i warsztatowo wykreowała swoją rolę nawiązując z publicznością intymną relację, zupełnie jakby przez dwie godziny spektaklu naprawdę była Marleną Dietrich. Afrodyta Weselak jako Norma – sekretarka artystki, była co najwyżej poprawna. Zaprezentowała swoją rolę, skądinąd niezwykle istotną dla przedstawienia, na sposób akademicki, nie osiągając wiarygodnej prawdy postaci. Znakomitym partnerem pań, wcielającym się w rozliczne męskie role okazał się Tomasz Błasiak. Kulminację swoich możliwości pokazał kreując chwilami wręcz iluzorycznie postać Zbigniewa Cybulskiego. Wielkie brawa! Aktorom pięknie i z klasą akompaniował pianista Aleksander Dębicz.

Finałowy koncert, w którym spotykają obie Marleny to zetknięcie dwóch czasów, młodości i starości, refleksja nad przemijaniem. Piosenkę Where Have All The Flowers Gone znaną w polskiej wersji Gdzie są kwiaty z tamtych lat nuci cała widownia, ukradkiem ocierając łzy wzruszenia. Bo cały spektakl jest wzruszająco piękny, dopracowany pod każdym względem. Zachwycają kostiumy, scenografia, wysoki poziom artystyczny, zespołowość, realizacyjna spójność i subtelność treści. Aż chce się westchnąć: żal, że nie w Krakowie.