fot.archiwum Wiosna w Teatrze, Centrum Kultury i Wypoczynku w Andrychowie

MACIEJ SŁOTA – aktor teatralny i filmowy, absolwent krakowskiej PWST. Występował w Teatrze Ludowym, a obecnie w Teatrze Bagatela i Teatrze KTO. Gwiazda popularnego serialu TVN „Szpital”.

Anna Małachowska: Czy jako nastolatek myślałeś już o zawodzie aktora?

Maciej Słota: Nie, tak naprawdę zupełnie nie myślałem o aktorstwie. Udzielałem się w różnych kółkach zainteresowań, ale poważnie interesowały mnie głównie piłkarskie treningi i niedzielne mecze, które rozgrywałem z kolegami.

A.M. Na pewno kondycja, którą wówczas sobie wyrobiłeś, przydała się w aktorstwie?

M.S. Jak najbardziej. Ale w tych wspomnianych wcześniej kółkach zainteresowań robiłem inne różne rzeczy, które później bardzo mi się przydały. Tańczyłem na ludowo, nowocześnie, śpiewałem. Jeździłem na konkursy. Ale marzyłem o karierze piłkarza. Moim rodzicom, a zwłaszcza mamie, bardzo zależało na mojej muzycznej edukacji – pochodzę z rodziny o instrumentalnej tradycji: tato grał na saksofonie i akordeonie, mama na perkusji. Gdy miałem 9 lat zgłosili się do mnie, a raczej po mnie, ze szkółki piłkarskiej Wisły Kraków, ale mama powiedziała, że mam za dużo obowiązków. Zawarłem więc z nią wówczas taką umowę, że jak tylko wręczę jej dyplom ukończenia szkoły muzycznej, to potem będę realizował piłkarską pasję. I tak zrobiłem. Ukończyłem klasę fortepianu. Mama dostała dyplom (śmiech), a ja mogłem znowu grać….w piłkę.

A.M. Ale ostatecznie piłkarzem nie zostałeś….

M.S. No nie…W liceum zdałem sobie sprawę, że nie będzie ze mnie zawodowego sportowca. Miałem wówczas koleżankę, niestety już nieżyjącą, Martę Szmigielską, która wiedząc o moich rozterkach związanych z wyborem zawodu, poniekąd namówiła mnie do zdawania do szkoły aktorskiej. Choć na maturze uzyskałem średnią 5,0 i miałem możliwość zdawania na medycynę, poszedłem na egzaminy aktorskie, zdałem i się dostałem.

A.M. Zawód aktora jest sprzężony z zawodem reżysera. Istnieje teza, że reżyserów dzieli się na dwie kategorie – na takich, którzy aktorów kochają i takich, którzy ich nienawidzą. Jakie są Twoje doświadczenia w pracy z reżyserami?

M.S. Bardzo różne. Myślę, że reżyserów można podzielić na dwie grupy: na dobrych i złych. Nie mam ulubionego reżysera, w tej kwestii nie jestem monogamiczny. Wiem jednak, że w reżyserii nie może być mowy o linearności. Reżyser musi znać zakończenie sztuki i musi wiedzieć, co chce osiągnąć. Poddaję się takiemu reżyserowi, który wie, jak każda z postaci ma iść przez sztukę, jak ma współdziałać z innymi i co z tego ma wynikać. Jeśli trafiam na reżysera innego pokroju – obaj mamy problem (śmiech).

A.M. W krakowskim teatrze Bagatela występujesz w spektaklu Mayday. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż spektakl ten grany jest już od…bagatela…23 lat! Jak to jest grać tyle lat w jednej sztuce?

M.S. Fajnie! Ale najdziwniejsze jest w tym to, że Mayday postawiliśmy w zaledwie 9 prób! Dlaczego? Ponieważ Wojciech Pokora, który ten spektakl wyreżyserował, zwyczajnie nie miał więcej czasu! W tym krótkim okresie dał nam jednak wiele wskazówek, także takich przekazanych od autora tej farsy, Raya Cooneya. Bo to jest farsa. Co wcale nie oznacza, że jest łatwa do zagrania. Wręcz przeciwnie. Aktor ma tu niełatwe zadanie, ponieważ jego reakcja w momencie przyłapania żony w sytuacji in flagranti ma być taka, jakby grał w dramacie. Zmienia się jednak kontekst, bo ludzie się z niego śmieją. Pokora bardzo nas pilnował, żebyśmy tego nie „przedowcipkowali”.

A.M. Johny Depp powiedział kiedyś takie zdanie: „grając postać trzeba jej oddać pewną część siebie. Inaczej się nie da, bo wtedy to już nie jest aktorstwo, tylko kłamstwo”. Jakie jest według ciebie kryterium prawdy teatralnej?

M.S. Hmm… Johny Depp jest moim rówieśnikiem…ale nie zgodzę się z nim. Bo z kolei Stanisławski powiedział, że „teatr i aktorstwo to jest kłamstwo. Ale szlachetne.” I mnie jest bliższa teza Stanisławskiego. Ważne jest, by w budowanej roli był czynnik ludzki. Dlatego nie lubię grać tzw. białych charakterów, na przykład ról książąt czy królów, nie lubię grać postaci bez skazy, czyli takich wyzbytych ludzkich ułomności. Ważne jest, żeby dzięki kreowanej roli nastąpiła jakaś metamorfoza, oczyszczenie…Katharsis. Pod tym względem mogę się zgodzić z Johnym Deppem. U Stanisławskiego chodziło o to, żeby zrobić użytek z życia. Ale tak naprawdę najważniejsze jest, żeby robić swoje…

A.M. Jakie są Twoje sposoby na naukę i zapamiętywanie tekstu?

M.S. Metody są różne. Już w momencie czytania tekstu zostaje on częściowo w głowie, a utrwala się po prostu w czasie prób na scenie. Jest też sposób, z którego korzysta kilku moich kolegów – przepisują tekst. Mnie ta metoda niestety nic nie daje. Jestem wzrokowcem, więc korzystam z metody skojarzeniowej. Mniej więcej pamiętam, co mówię w danym miejscu na scenie. Dzięki temu zapamiętuję tekst według miejsca. Pomaga. Choć wpadki są nieuniknione. Pół biedy w prozie, gdzie można tekst „szyć” – mówiąc w żargonie aktorskim. Gorzej z poezją. No bo szyj tu w Weselu albo u Fredry…(śmiech). Po 20 latach grania w Mayday’u wypadło mi raz z głowy jedno słowo. Jakoś ogarnąłem sprawę, coś wymyśliłem na poczekaniu. Ale trzeba pamiętać jedną rzecz. Aktor jest człowiekiem. Naprawdę nic się nie stanie, jeśli zapomni. Ludzka rzecz. Na szczęście aktorstwo nie jest operacją na otwartym sercu, widzowi nic nie grozi, jeśli nastąpi mała wpadka. Te wpadki czasem są (albo mogą być) nawet zabawne.

A.M. Jak to jest z tak zwanym „gotowaniem na scenie”?

M.S. Każdy z nas, aktorów, ma na sumieniu ten grzeszek. Rozśmieszenie kolegi czy koleżanki na scenie, to niezły ubaw. Ja akurat, może z racji trzydziestoletniego doświadczenia w branży jestem trudny do zgotowania, ale oczywiście lubię wkręcać kolegów. Wystarczy nie powiedzieć słowa-klucza i tym wytrącić kogoś z przewidywanego toru jazdy.

A.M. Czy można zmieniać świat za pomocą aktorstwa?

M.S. Powiedziałbym raczej, że świat można zmieniać przy pomocy sztuki. Potrzebna jest też odrobina buntu, który jest naturalną fazą rozwoju na pewnym etapie życia. Ale przy tym buncie trzeba też pamiętać o pokorze. Sztuka jest także odwagą. Pokora i odwaga są niezbędne w zawodzie aktora. Bez pokory ani nie zmieni się świata, ani nie osiągnie się sukcesów w aktorstwie.

A.M. Serdecznie dziękuję za miłą rozmowę.

Anna Małachowska i Maciej Słota. Fot.archiwum nascenie.info