Kiedy już przebrzmiały brawa premierowych spektakli Normy Belliniego, wybrałam się do Opery Krakowskiej, aby poznać najnowszą realizację tej sceny. Ciekawość tym większa, że jest to przecież jedno z najtrudniejszych wokalnie dzieł literatury operowej, ale też po prostu piękna, muzycznie doskonała opera.

fot. Facebook, fanpage Opery Krakowskiej, na zdj. Karina Skrzeszewska

Przedstawienie jest klasyczne, co stanowi jego duży atut. Postmodernistycznych realizacji chyba już mamy w krakowskich teatrach przesyt. Laco Adamik i Barbara Kędzierska osadzili swoją inscenizację w szarych, symbolicznych dekoracjach, nieco monumentalnych, ale stanowiących dobre, czytelne i korzystne dla akcji tło. Maria Balcerek ubrała zespół w kostiumy w stylu fantasy, nie nawiązujące historycznie do żadnej konkretnej epoki, co było zabiegiem zmyślnym i udanym.

Laco Adamik punkt ciężkości swojego spektaklu osadził nie na warstwie historycznej, ale na uniwersalnym motywie trudnej miłości, zdrady i towarzyszących im emocji. Jego Norma nie jest posągowa – to kobieta szargana sprzecznymi uczuciami, która do końca walczy o miłość. Osoby bliskie kapłance podobnie jak ona stają się ofiarami szalejącego ognia namiętności, który prowadzi do destrukcji i tragicznego finału. Zdrada jest tu zwielokrotniona. Ukrywając związek z Rzymianinem (a więc wrogiem jej ludu) oraz dwójkę dzieci z tego związku, Norma popełnia zdradę wobec swojej religii, a wobec Normy zdrady dopuszcza się jej kochanek, a także przyjaciółka i powiernica. Skupienie się wokół emocji bohaterów to dobry zamysł reżysera. Niestety artystom nie do końca udało się przenieść siłę i moc tych emocji na scenę. Tylko orkiestra pod batutą Tomasza Tokarczyka w pełni zrealizowała to zadanie, umiejętnie przekładając muzyczne meandry belliniowskich brzmień na uczucia. Zbiorowe emocje powinien przekazać też chór, który zajmuje w akcji opery Belliniego ważne miejsce i rzeczywiście wokalnie emocje te pięknie brzmią. Gorzej wyszło z ruchem scenicznym, wspieranym przez dodatkowe nieme postacie. Bywa on miejscami niedopracowany i sztampowy, a prywatne zachowania w końcówkach scen psują ogólne wrażenie.

fot. Facebook, fanpage Opery Krakowskiej, na zdj. Karina Skrzeszewska, Agnieszka Cząstka, Paolo Lardizzone

Pod względem wokalnym zdecydowane pochwały i brawa należą się paniom. Karina Skrzeszewska jako kapłanka Norma pięknie i wzruszająco zaśpiewała sztandarową arię – modlitwę Casta diva, która dla każdej sopranistki stanowi wyzwanie samo w sobie. W arii tej połączyła kunszt wokalny z aktorskim przekazem dramatyzmu postaci. W drugiej części spektaklu w głosie śpiewaczki pojawiło się zmęczenie, szczególnie we fragmentach, które miały brzmieć forte, a zabrzmiały nieco krzykliwie. Jednak  w całości jej kreacja jest organiczna i efektowna, głos brzmi pięknie, a wspiera go warsztat wokalny wysokiej klasy. Rolę Adalgisy starannie przygotowała Agnieszka Cząstka. Z dużą swobodą zaśpiewała swoją partię, dbając też o aktorskie detale. Małą, ale dobrze brzmiącą rolę Clotilde stworzyła Agata Dembska-Kornaga. Problem mam z panami – żaden z nich mnie nie zachwycił. Paolo Lardizzone (Pollione) emocje zostawił poza sceną. Jedyny ruch, jaki zaprezentował oprócz przemieszczania się z miejsca na miejsce, to posągowe pozy i machanie rękami. Śpiewał wszystko tak samo, jakby w muzyce nie istniały pojęcia piano, czy forte. Nie potrafił ładnie poprowadzić frazy, był wokalnie nijaki. Szymon Kobyliński jako Oroveso był poprawny, ale nie porywający ani wokalnie, ani aktorsko.

fot. Facebook, fanpage Opery Krakowskiej, na zdj. Szymon Kobyliński i Chór Opery Krakowskiej

Kolejne spektakle krakowskiej Normy przewidziane są dopiero na marzec przyszłego roku. Szkoda, bo spektakl z pewnością wart jest obejrzenia. Muzyka Belliniego, w wykonaniu pięknie brzmiącej orkiestry oraz tradycyjna, ale interesująca inscenizacja to dobre powody, aby zobaczyć to przedstawienie.

fot. Facebook, fanpage Opery Krakowskiej, na zdj. Karina Skrzeszewska i Balet Opery Krakowskiej