Anna Kańska Małachowska: Jak się czuje artysta, który przez wszystkie przemiany i burze historii przez czterdzieści lat szedł bezkompromisowo własną drogą?

Jerzy Zoń: Jeśli jakiś twórca mówi, że kompromis w życiu jest sprawą nieładną to kłamie. Nie ma życia bez kompromisów. Ale trzeba sobie wytyczyć jego granice. Ja mogę spojrzeć w lustro bez obrzydzenia, wręcz z zachwytem (śmiech), ponieważ przez 40 lat dyrektorowania Teatrowi KTO kompromisy zdarzały się bardzo rzadko. Poza tym to były kompromisy nie zagrażające wolności i swobodzie artystycznej, a najczęściej zawierałem je z powodów administracyjnych. Nie były na szczęście związane z polityką. Przetrwałem jako twórca bezpartyjny i właściwie dla Teatru KTO najwięcej zrobili ludzie nie związani z żadną opcją polityczną. Te osoby po prostu potrafiły dostrzec i docenić moje działania. Ale byli też tacy, którzy pomóc nie chcieli, jak na przykład jeden z prezydentów naszego miasta, u którego mój wniosek o przekształcenie Teatru KTO w instytucję miejską leżał na biurku jakieś cztery lata…Z kolei teraz niedawno musiałem przejść nie lada egzamin z zawierania kompromisu, kiedy otrzymaliśmy zaproszenie na jeden z największych festiwali teatralnych w Azji – do Teheranu. Choć znam kulturę tego kraju, na wszelki wypadek poprosiłem o listę zmian, których od nas oczekują w spektaklu. Zmiany te były bardzo duże i radykalne, na szczęście jednak nie zmieniały wymowy przedstawienia. Tu, gdzie była agresja – zostawiliśmy agresję, wprowadzając jedynie korektę strojów aktorów. Za to zwiększyliśmy intensywność agresji. I powiem szczerze – zastanawiam się, czy nie zostawić niektórych scen z tej irańskiej wersji, bo są w niektórych momentach mocniejsze i bardziej wyraziste. Z tego wniosek, że czasem trzeba pójść na kompromis, ale na kompromis racjonalny, otwierający nowe możliwości. Przez te 40 lat naszej działalności nazbierało się całkiem sporo wspomnień i przygód, ale w gruncie rzeczy wygląda to tak, że rok po roku tworząc nowe projekty, rozwijamy je jeszcze w następnych latach. Ale, żeby nowe przedstawienie stworzyć, wyprodukować trzeba dysponować odpowiednim budżetem – i tutaj już bardzo często pojawia się problem kompromisu – czy posiadając mniejsze niż zakładaliśmy środki zdołamy zrealizować przedstawienie na poziomie artystycznym, który nas satysfakcjonuje.

A.K.M. Jakie były najtrudniejsze oraz najciekawsze momenty w historii Teatru KTO?

J.Z. Najbardziej przygnębiającym okresem był z pewnością stan wojenny. Pierwsza grupa aktorów Teatru KTO zaczęła pracę w 1977 roku. Ale ten pierwszy skład rozpadł się w dwa lata po premierze. Z nową grupą aktorów planowałem intensywne zajęcia warsztatowe i próby, ale kiedy ogłoszono stan wojenny, przez kilka miesięcy obowiązywał zakaz takiej aktywności. Wszyscy byliśmy zdezorientowani i przerażeni. Ten stan „zawieszenia” był bardzo deprymujący, bo nie widać było nadziei! Natomiast momenty, które dodawały skrzydeł, to z pewnością nasz pierwszy wyjazd do Niemiec, kiedy na specjalne życzenie publiczności zagraliśmy dodatkowy spektakl Przedstawienia pożegnalnego (wg Pétera Müllera), pomimo ściśle określonego regulaminu, który nie przewidywał takiej sytuacji. Drugim takim uskrzydlającym i zachęcającym nas do działania momentem był festiwal Fama, podczas którego prezentowaliśmy spektakl Gmach, wg powieści Lema. W jury siedział wówczas Tomasz Raczek, krytyk filmowy, który zauważył potencjał naszego zespołu. Przepowiedział nam wówczas, że prawdopodobnie to będzie coś więcej , niż tylko studencka przygoda. To był 1984 rok. A potem, to już tak jakoś samo się napędzało. Jeżeli coś nam nie wyszło, była nieudana premiera, to „zdejmowałem spektakl z afisza” i szukałem innej drogi. Słaby spektakl,”na siłę” utrzymywany w repertuarze może narobić więcej szkody, niż jego brak w ogóle.
Ciekawym momentem naszej działalności był czas, kiedy wyszliśmy na ulicę, czyli kiedy zaczęliśmy rozwijać nasz teatr uliczny, z całą jego feerią barw i możliwości. Fajnym wyzwaniem artystycznym było zaproszenie nas przez władze Miasta Lipska na obchody 25-lecia upadku muru berlińskiego. Wymyśliłem wtedy instalację świetlno-teatralną. Oglądało nas … około 300 tysięcy widzów, na czele z Angelą Merkel. Nasza prezentacja, która miała trwać około pół godziny przekształciła się … w ponad czterogodzinny marsz.
Z sentymentem wspominam też wszystkie duże imprezy, które realizowaliśmy dla telewizji, na przykład sylwester milenijny w Warszawie, który był transmitowany na cały świat, albo krakowskie Wianki. Ale w takim teatrze, jaki prowadzę ważne, są również codzienne działania- planowanie spektakli, kreowanie repertuaru, kontakt z widzem. Bo o widza zawsze trzeba. Bez niego nie ma Teatru!!!

 
A.K.M. Czy zdarzył się przez te 40 lat taki moment, kiedy Pan chciał to wszystko rzucić?
J.Z. Miałem moment, kiedy chciałem to wszystko inaczej poprowadzić. Miałam też chwile zawahania, kiedy pracowałem na dwóch etatach – jako dyrektor teatru w Jeleniej Górze i dyrektor KTO i otrzymywałem kuszące propozycje z innych teatrów. Chciałem jednak zbudować swój mały, mobilny Teatr. W końcu okazało się, że będzie to instytucja miejska… To teatralne życie bardzo wciąga…ale, szczerze mówiąc, nie zamieniłbym go na żadne inne.

 
A.K.M. Wrócił Pan niedawno ze swoim zespołem z festiwalu w Teheranie, na którym zgarnęliście mnóstwo nagród…

J.Z. Byliśmy tam już czwarty raz. To jest największy festiwal w tamtej części świata. Jury jest międzynarodowe. Nasze spektakle zostały przyjęte owacyjnie. Zdobyłem tytuł najlepszego reżysera, a nasz Chór Sierot okazał się najlepszym spektaklem festiwalu. Oczywiście te nagrody zaowocowały już kolejnymi zaproszeniami w świat.

 
A.K.M. Najbliższy plan Teatru Kto to premiera …
J.Z.Stroiciela grzebieni Krzysztofa Niedźwieckiego. Trzymamy kciuki, bo to nasze kolejne „dziecko” musi być udane. Robimy premiery stosunkowo rzadko, więc nowe spektakle powinny być wydarzeniami teatralnymi!

 
A.K.M. Bardzo dziękuję za rozmowę!


 

Jubileuszowy rok działalności Teatru KTO postanowiliśmy uczcić comiesięczną serią rozmów z Jerzym Zoniem, w których będzie nam przybliżał bieżące wydarzenia z życia teatru.