Na wieść o tym, że Opera Krakowska przygotowuje się do wystawienia jednego z najpiękniejszych spektakli literatury operetkowej – Hrabiny Maricy, serce zabiło mi mocniej. To wszakże drugi – po Księżniczce Czardasza – dobrze znany krakowskiej publiczności hit Imre Kalmana, którego węgierskie rytmy, efektowne, wpadające w ucho melodie, arie i duety cieszą się do dziś niesłabnącą popularnością pomimo słyszanych od czasu do czasu stwierdzeń, że operetka jest passé.

W Hrabinie Maricy zawartych jest mnóstwo najsłynniejszych operetkowych szlagierów, które bardzo często wykonywane są na estradach przy okazji różnych koncertów, stąd znane są szerokiej widowni. Kiedy jakiś czas temu przeprowadzałam wywiad z dyrektorem Opery Krakowskiej Bogusławem Nowakiem, powiedział mi wówczas, że krakowska publiczność domaga się operetki, spełnił więc życzenie widzów.

Przystępując do realizacji Hrabiny Maricy mamy poczucie, że stajemy przed trudniejszym zadaniem, niż zrobienie Turandot czy Aidy. (…) Podejmując się pracy nad operetką zdajemy sobie sprawę z wielkiej odpowiedzialności, jaka na nas ciąży, bo chcemy to zrobić dobrze. Musimy dłużej się przygotowywać i szukać dobrych emocji. (…) Chodzi o to, żeby zachować przesłanie gatunku, jakim jest operetka. A to jest trudne. (…) (fragment wywiadu z Bogusławem Nowakiem, cała rozmowa znajduje się pod linkiem http://nascenie.info/skazany-opere-wywiad-boguslawem-nowakiem-dyrektorem-opery-krakowskiej/

Czy Opera Krakowska usatysfakcjonowała publiczność swoją inscenizacją Hrabiny Maricy? Oglądając jeden z premierowych spektakli, miałam co do tego poważne wątpliwości. Dlatego też po dłuższej przerwie wybrałam się na Lubicz ponownie, by przekonać się, jak to jest z tą krakowską Maricą.

Reżyseria Pawła Aignera nie przekonuje mnie w pełni, a niektóre z rozwiązań są według mnie nietrafione. Na przykład wprowadzenie na scenę stadka tańczących świnek, których obecność  w majątku hrabiny można jeszcze zrozumieć, ale na balu już niekoniecznie, to pomysł, któremu brak estetyki. Reżyser z pewnością wyszedł (ze skądinąd słusznego) założenia, że na operetce widownia chce się dobrze bawić, postanowił więc uatrakcyjnić niektóre dialogi kabaretowo-satyrycznymi wstawkami. Niestety zwłaszcza te o tematyce stomatologicznej wzbudziły mój (i nie tylko mój) niesmak i zażenowanie. Scenografia Ryszarda Melliwy jak na operetkę jest dość ascetyczna. Spodziewałam się większego rozmachu, do którego Opera Krakowska nas w ostatnich latach przyzwyczaiła. Bogactwo natomiast tryska z kostiumów autorstwa Zofii de Ines – szkoda, że wdarło się tu jednak swoiste „eklektyczne podejście” i tak na przykład zestawienie współczesnych ubiorów Karola czy Tasilla w I akcie z przepięknym kostiumem z epoki, w jakim prezentuje się książę Populescu jest nietrafione, ponieważ nie znajduje w niczym uzasadnienia. Bardzo starannie ułożona została choreografia – na scenie nie mamy przeludnienia ani chaosu, nawet w scenach zbiorowych jest ład, porządek i dyscyplina, co jest zasługą Jarosława Stańka. Balet z dużą gracją wykonuje swoje zadania, w tym węgierski folklor, ale trochę na przekór to kankan jest najbardziej spektakularnym momentem tanecznym, choć to wartość dodana, bowiem w oryginale Hrabiny Maricy kankana brak. Chór przygotowany przez Jacka Mentla bardzo dobrze brzmi, podobnie jak orkiestra pod jego batutą odzyskuje konieczne w operetce lekkość i esprit – zabrakło ich podczas spektaklu, który widziałam zaraz po premierze.

Soliści biorący udział w inscenizacji Hrabiny Maricy to zespół doskonale znany krakowskiej publiczności. Dzięki mojej dwukrotnej obecności na spektaklach miałam okazję oklaskiwać obie obsady. W lutym, kiedy miała miejsce premiera, spektakl pod kątem wykonania mnie nie ujął. Jak się okazuje odczekanie i ponowne obejrzenie go było słuszną koncepcją. W teatrze tak to już jest, że niektóre spektakle po premierze więdną, a inne rozkwitają i ewoluują w dobrym kierunku. Tak się własnie stało z Hrabiną Maricą. Może to także zasługa artystów, którzy występowali w miniony weekend. Dostrzegłam radość i przyjemność, jaką zespół solistów czerpie zarówno z muzyki Kalmana, jak i z fabuły, co powoduje, że spektakl ogląda się dobrze i przyjemnie. Na wielkie brawa zasługuje duet Wioletta Chodowicz (Marica) i Tadeusz Szlenkier (Tasillo), którzy stworzyli bardzo wiarygodne postaci. Arie i duety w ich wykonaniu brzmią prawdziwie i szczerze, a umiejętności wokalne połączyli z trudną dla artystów opery sztuką aktorską. Pod względem aktorskich możliwości i scenicznego esprit bryluje Michał Kutnik. Jego Populescu jest śmieszny, zawadiacki i szalony, ale ani przez chwilę nie przekracza cienkiej granicy dobrego smaku. Artysta zaprezentował się jednakowo wspaniale już w lutym, w pierwszym popremierowym spektaklu. Wielkie uznanie, ogromne brawa! Katarzyna Oleś-Blacha zachwyca postacią cyganki Miny, wyraźnie zaznacza swoją obecność na scenie, uwodzi śpiewem roztaczając wokalny urok. Wdzięczną i subtelną Lizą jest Monika Korybalska. Całkiem udany krakowski debiut zaliczył Łukasz Ratajczak w roli Żupana – oklaskiwałam młodego artystę w lutym, żałuję, że nie występował w ubiegły weekend. Postać księżnej Cudenstein bezapelacyjnie należy do Bożeny Zawiślak-Dolny, która nie spędzając zbyt wiele czasu na scenie, pokazuje w całej krasie solidny warsztat aktorski oraz wykonawczą klasę. Tym razem w rolę księżnej wcieliła się Marta Abako i zrobiła to po prostu nijak. Wspaniale w aktorskiej roli cygańskiego skrzypka prezentuje się koncertmistrz orkiestry Opery Krakowskiej Paweł Wójtowicz, wzruszając kunsztem swojej gry.

Hrabina Marica w inscenizacji Opery Krakowskiej jest spektaklem, na który warto się wybrać. Z pewnością Paweł Aigner ma w swoim dorobku bardziej udane realizacje teatralne, niemniej krakowska Marica posiada duży potencjał dobrej energii, pięknej muzyki i operetkowego uroku, a to chyba już całkiem niezły zestaw argumentów, żeby spędzić wieczór przy Lubicz.

 

Kierownictwo muzyczne: Tomasz Tokarczyk

Reżyseria: Paweł Aigner

Scenografia: Ryszard Melliwa

Kostiumy: Zofia de Ines

Choreografia: Jarosław Staniek

Przygotowanie chóru: Jacek Mentel

Reżyseria światła: Dariusz Pawelec