fot. opera.krakow.pl
fot. opera.krakow.pl

Karnawał, feeria barw, dowcip i zabawa królowały na scenie Opery Krakowskiej podczas piątkowej premiery „Turka we Włoszech”  G. Rossiniego. To dzieło nie należy do kanonu najpopularniejszych oper, tym większy ukłon dla krakowskich realizatorów za rozszerzanie repertuaru naszego teatru muzycznego o mniej znane utwory.

Włodzimierz Nurkowski, który wyreżyserował spektakl,  stworzył na scenie klimat barwnego korowodu dowcipnych postaci rodem z weneckiego karnawału, które w zabawnej formie obnażają ludzkie sentymentalne ułomności i wady. Wspomogły go w tym panie Anna Sekuła (scenografia i kostiumy) oraz Violetta Suska (choreografia i ruch sceniczny). Ciekawym i efektownym uzupełnieniem całości były multimedialne projekcje w tle. Gdyby nie przeszkadzające mi nieco w odbiorze przetłoczenie na scenie, byłoby perfekcyjnie.

Publiczność doskonale się bawiła oglądając komiczne dialogi przekomarzających się stale małżonków – Fiorilli i Geronia, podchody niezdecydowanego Selima, cierpienia porzuconego kochanka Narcisa czy działania poety będącego spiritus movens intrygi. Artyści starali się sprostać narzuconym przez gatunek opery buffa wyzwaniom, prezentując adekwatne do okoliczności vis comica.  Sądząc po odbiorze widzów, udało im się to doskonale, choć mnie osobiście raziła pewnego rodzaju cepeliada, jaka tworzyła się okresowo na scenie.

Katarzyna Oleś – Blacha w partii Fiorilli epatowała wokalnym wdziękiem swoich koloraturowych możliwości, jednak nie do końca wpasowała się gabarytowo do roli frywolnej i trzpiotowatej żony starego męża. Grzegorz Szostak jako rogacz Geronio był absolutnie uroczy w swojej matrymonialnej bezradności  i znakomicie poradził sobie zarówno wokalnie, jak i aktorsko. Wielkie brawa! Tytułowy Turek Selim z kolei mnie nie zachwycił. – poprawny pod każdym względem w tej roli Łukasz Goliński, ale pozbawiony jakiegokolwiek charme’u. Z dystansem i odpowiednim przymrużeniem oka do swoich zadań podeszli Andrzej Lampert jako Narciso oraz Mariusz Godlewski w partii Poety. Efektownie wizualnie, wokalnie nieco słabiej zaprezentowała się Monika Korybalska jako porzucona kochanka Selima, Zaida. Uroczym uzupełnieniem obsady była Matylda Kubacka, córka znakomitej tancerki naszego baletu, Gabrieli Kubackiej.

Bardzo ładnie zaprezentował się chór Opery Krakowskiej przygotowany jak zawsze perfekcyjnie przez Zygmunta Magierę. Orkiestra pod batutą Tomasza Tokarczyka pięknie i lekko grała rossinowską kompozycję zwłaszcza w drugiej części, niestety sekcja dęta zepsuła brzmienie w uwerturze.

Nowa pozycja w repertuarze Opery Krakowskiej niewątpliwie przyciągnie rzesze melomanów na Lubicz. „Turek we Włoszech” nie gości zbyt często na operowych afiszach, a zespół naszej opery włożył wiele starań, by spektakl okazał się sukcesem. Czy tak się stało? Wybierzcie się i sami oceńcie.