fot.źródło Youtube

Edward Linde Lubaszenkowybitny aktor filmowy, telewizyjny i teatralny, od lat związany z Krakowem. Postać niekonwencjonalna. Uroczy człowiek, wyznający zasadę, że życie jest sztuką przez duże S.  

Anna Kańska Małachowska: Jak się czuje jeden z filarów Teatru Starego grając na deskach Teatru Nowego…

Edward Linde-Lubaszenko: Do współpracy z Teatrem Nowym zaprosił mnie Piotr Sieklucki, mój dawny student. To dla mnie nowe, ciekawe doświadczenie, ponieważ Piotr jest artystą kontrowersyjnym, nieokiełznanym, nie dającym się zamknąć w jakiekolwiek ramy. Pomimo, że już w czasie studiów był niepokorny, zawsze mnie ciekawiło, co z jego buntu wyniknie. Dlatego też ucieszyłem się, kiedy skierował do mnie zaproszenie do udziału w realizacjach w teatrze, który założył i którego jest dyrektorem. A Teatr Stary opuściłem jakiś czas temu, wraz z moimi kolegami, którzy podobnie jak ja osiągnęli podobny wiek. Choć jako wykładowca Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej mogłem tam jeszcze grać, postawiłem na niezależność. I bardzo sobie chwalę ten wybór.

A.K.M.: Był Pan gwiazdą serialu Układ krążenia, a kultowa postać doktora Bognara była tak bliska telewidzom, jak dziś…lekarz pierwszego kontaktu. Tematyka lekarska nie jest Panu obca – zanim został Pan aktorem, studiował Pan medycynę na wrocławskiej Akademii Medycznej.

E.L.L.: Tak, i to pełne trzy lata! Zdążyłem przez ten czas przerobić całą wiedzę o człowieku z tym, że każdy rok powtarzałem (śmiech). Znajomość medycyny jednak bardzo mi się w życiu przydała. Pomogła mi w polubieniu własnego organizmu. Nie wiem, czy Pani wie, że nasze narządy … lubią być lubiane! Jeśli traktujemy je z sympatią, odpłacają nam tym samym. Wiele osób pyta mnie o moją żywotność – jak to robię, że jestem ciągle aktywny, nie tylko zawodowo. Odpowiadam, że moją dewizą jest poczucie humoru i z niego właśnie czerpię siły witalne. A tak nieco poważniej to naprawdę chciałem zostać lekarzem, ale to nie były łatwe czasy, ani łatwe studia. W końcu rzuciłem medycynę, zresztą w bardzo konfliktowej sytuacji. Zostałem niesprawiedliwie i  źle potraktowany przez profesorkę – podczas egzaminu zwijałem się z bólu z powodu ataku kamieni nerkowych, a ona nie dość, że kazała mi czekać cztery godziny, to jeszcze postawiła dwóję zarzucając symulację i złożyła na mnie donos do komisji dyscyplinarnej. Powiedziałem sobie, że nie chcę mieć już nic wspólnego z medycyną i takimi profesorami. Miałem wówczas jakieś doświadczenie z aktorstwem, bo występowałem w studenckim Teatrze Kalambur i współpracowałem z teatrem estrady wrocławskiej. Zdałem więc eksternistyczny egzamin aktorski w warszawskiej PWST i zostałem aktorem. A co do tytułu, o którym Pani wspomniała – w latach siedemdziesiątych takie medyczne seriale znacząco odbiegały od tych realizowanych w dzisiejszych czasach. Przede wszystkim nie były one tak realistyczne i nie przekraczały granic dobrego smaku. Teraz wszystko jest na pokaz, nie ma tabu. Zagadnienia medyczne w Układzie krążenia były jedynie tłem dla akcji. Fabuła skupiona była na życiu człowieka, nie na pracy lekarza.

A.K.M.: Dzisiejsze realia krakowskiego teatru sprawiają, że coraz mocniej tęsknimy do Swinarskiego, Jarockiego, czy Wajdy, który niedawno odszedł. Czy to tęsknota za wielkimi mistrzami i tradycją?

E.L.L.: Pytanie zadam Pani ja – kto za nimi tęskni? Wąska grupa osób, które mogą siebie nazwać pełnoprawnymi odbiorcami sztuki przez duże S. I niewielkie grono aktorów, których pesel rozpoczyna się od cyfry 3, 4 lub 5 pamiętających wielkie inscenizacje i wspaniałych realizatorów-reżyserów i wreszcie wąskie grono młodych umiejących doceniać wielkie dzieła. To nie jest spektakularna liczba. Dlaczego tak jest? Nie wiem, ale często się nad tym zastanawiam. Myślę, że wiele w tym winy realizatorów, którzy podążając za nowymi trendami w teatrze robią wszystko, żeby zaszokować widza, nieświadomie przyczyniając się do tego, że publiczność – zamiast być zachęconą – czuje się zniesmaczona i po jednym razie ma dość wizyt w teatrze. Nie pominę też braków edukacyjnych publiczności, która przystaje na mierny poziom sztuki, ponieważ nie ma potrzeby oglądania ambitnych realizacji. „Rozrywucha” – oto co króluje w tej chwili na większości scen. Na szczęście  – nie na wszystkich. Chciałbym podzielić się też z Panią i Państwem moim przemyśleniem związanym z edukacją dzieci, która jest niezwykle ważnym czynnikiem w tworzeniu społeczeństwa na wysokim poziomie intelektualnym. Im wcześniej dziecko zostanie oswojone z ambitną sztuką, tym lepszym i krytycznym stanie się odbiorcą w dorosłości. A tym czasem co się dzieje –  niezwykle popularna od paru lat w naszym kraju jest akcja „Cała Polska czyta dzieciom”. Czy ktoś się zastanowił nad brakiem podstaw logiki tej akcji? Chyba nie. Bo do czego ona służy? Na pewno nie spełnia założenia, by zaszczepić w dzieciach bakcyl czytania. No bo niby jak, skoro nie one czytają, ale ktoś czyta im. Przecież to one same powinny odkrywać radość czytania! Jak mają w późniejszym życiu czytać ze zrozumieniem, skoro od małego przyzwyczajane są do czytelniczego lenistwa! W moim pokoleniu to nie do pomyślenia! Dlatego teraz mamy problem z publicznością. Ludzie nie chcą ambitnej sztuki w teatrze czy na scenie, bo nie są odpowiednio wykształceni kulturalnie aby ją przyjąć i zrozumieć. Dokąd nie zmieni się myślenie w tej sprawie, teatr będzie podupadał nie tyle z braku środków, ile z braku wykształconej i wymagającej publiczności.

A.K.M.: Jaka jest Pana zdaniem różnica pomiędzy aktorem i artystą? Andrzej Wajda powiedział kiedyś, że artyści to są tacy aktorzy, którzy posiadają tajemnicę…

E.L.L.: Jak ktoś świetnie to określił – aktorem się jest, artystą się bywa. Aktor zawsze będzie ograniczony pewnymi ramami, które narzuca mu reżyser, producent czy realizator. Zawód. Artysta jest człowiekiem wolnym, niezależnym. Z tej niezależności czerpie artystyczne natchnienie. Aktor to przede wszystkim warsztat. Dobry warsztat to podstawa zawodowego sukcesu. Od wielu lat uczę aktorstwa i z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że potrzeba wielu lat wytrwałości i miłości do tego zawodu, aby stać się pełnoprawnym aktorem. To długoletni proces – twórczy ale też rzemieślniczy. Powiem Pani, z czym moi studenci mają zawsze duży problem. Z mową. Mowa jest po to, by przekazywać widzowi treści. Na scenie trzeba mówić głośno i wyraźnie, a aktorzy czasami o tym nie pamiętają. Zapominają o odległości dzielącej ich od publiczności. Na scenie nawet szept trzeba … powiedzieć. Wiarygodnie. Z resztą wszystko, co aktor robi na scenie musi być prawdziwe, organiczne. Przepuszczone przez siebie.

A.K.M.: A co z tremą? Czy po tak dużej ilości zagranych ról w teatrze i filmie znane jest Panu  to uczucie?

E.L.L.: Wie Pani, z tremą to jest tak, że ja jej chyba nie dostałem w genach. A tak na poważnie, to sprawa jest bardzo prosta – jeżeli jestem do roli przygotowany, a zawsze jestem, to wychodzę, gram, kłaniam się i schodzę. To samo w filmie, tyle że bez ukłonów końcowych (śmiech). Trema pojawia się u mnie w sytuacji, kiedy wypada niespodziewane zastępstwo za kolegę z teatru i nie mogę przygotować się na 100 procent. Wtedy wchodząc na scenę mam tremę, która nie jest niczym innym jak obawą przed tym, że coś przekręcę, poprzestawiam, czy przeinaczę. To wszystko. Kiedy  w normalnym trybie pracuję nad rolą, przy wyjściu na scenę nie ma mowy o tremie.

A.K.M.: Życzymy Panu kolejnych wybitnych ról i … tego wspaniałego uśmiechu, z którym Pan do nas przyszedł. On się udziela!