fot. Anna Kańska Małachowska

Z końcem sierpnia bieżącego roku, po 17 latach, dobiegła końca dyrekcja Krzysztofa Orzechowskiego, a stery teatru im. J. Słowackiego przejął Krzysztof Głuchowski.

fot. archiwum
fot. archiwum

Krzysztof Głuchowski jest aktorem, absolwentem krakowskiej PWST, i producentem. Od 25 lat kieruje dużymi projektami artystycznymi. Był pierwszym dyrektorem Galerii Bunkier Sztuki i Muzeum Manggha, a także producentem Festiwalu TMobile Nowe Horyzonty w Cieszynie.   Od 9 lat jest jednym z producentów krakowskiego Międzynarodowego Festiwalu Boska Komedia.

Anna Kańska Małachowska: Mówi się dość otwarcie o kryzysie sztuki ambitnej w Polsce. Jak Pan ocenia tę tezę z pozycji dyrektora jednej z najważniejszych scen w naszym kraju?

Krzysztof Głuchowski: Zarówno sztuka ambitna, jak i lżejsza zawsze miały swoje miejsce. Rozgraniczamy sztukę wysoką i niską. O tej drugiej mówimy, że jest rozrywką. Jak tylko pojawia się temat sztuki wysokiej, zaczynamy rozmawiać o kosztach, zapominając, że sztuka wysoka jest inwestycją społeczną. Dotyczy to przede wszystkim  wychowania ludzi w poczuciu pewnej estetyki, rozróżnianiu tej estetyki – pewnego podejścia do wzornictwa, do sposobu bycia, do chłonności… Tu nasuwa się pytanie, czy sztuka w przyszłości będzie w ogóle potrzebna. Odpowiedź jest oczywista. Tak, będzie potrzebna, bo stawia istotne pytania. Ale musimy przysposabiać ludzi do tego, że ta sztuka jest niezbędnym elementem rozwoju każdego społeczeństwa. Bez sztuki nie powstałyby żadne społeczeństwa, żadna cywilizacja. Mówię tu oczywiście o społeczeństwach wysoko rozwiniętych. Patrząc, jak to się dzieje w innych krajach przekonujemy się, ze tam sztuka zawsze była inwestycją –  zbytkiem, a nie ozdobnikiem. Na przykład we Francji – jedno z najważniejszych centrów kultury nosi nazwisko polityka. I nie jest to wybór przypadkowy, bo tenże polityk wiedział, że w sztukę trzeba włożyć odpowiednie nakłady. Czy w krajach wschodu jest taki przypadek? Nie! Musimy zacząć w Polsce myśleć o sztuce jako długofalowej i długoletniej inwestycji w rozwój społeczeństwa. Ludzie młodzi, dzieci muszą mieć kontakt ze sztuką. Edukacja społeczna – to jest przyszłość. Mały widz, który raz zostanie przyprowadzony do teatru na dobrą sztukę, ma szansę stać się w przyszłości człowiekiem o szerokich horyzontach kulturalnych. Poprzez kontakt ze sztuką ludzie stają się sceptyczni. Sceptyczni w stosunku do życia, nakazów, do wszystkiego. To wpływa na rozwój demokracji i świadomości społecznej.

Stwierdzenie, że sztuka jest w defensywie nie jest prawdziwe. Sztuka zawsze będzie niedoinwestowana, bo to jest (niestety) normalne. Zanim osiągniemy pewien poziom (także finansowy), muszą zostać przełamane różnorodne bariery. Rolą zarządzających kulturą jest łamanie pewnych stereotypów, otwieranie się na nowe perspektywy, na młodych artystów i twórców. Sztuka nie zna ograniczeń. Musi (i może) przemawiać do każdego. Nasz teatr, Teatr im. J. Słowackiego, zawsze był otwarty. Edukację teatralną rozpoczął tutaj jego pierwszy dyrektor, Tadeusz Pawlikowski, a osiągnęła ona szczyty za czasów Juliusza Osterwy, czyli jeszcze przed drugą wojną światową – kiedy były tutaj prowadzone lekcje teatralne. Postawiono na bardzo nowoczesny sposób funkcjonowania tego teatru, właśnie z myślą o najmłodszych. I tak powinno być, te zadania trzeba „odrabiać”, to znaczy docierać do młodego człowieka wszelkimi możliwymi metodami, technologiami, multimediami, pomysłami. Bo świat się zmienia. Nie wystarczy teraz wystawić kukiełki…

A.K.M.: W latach PRL teatr był zaangażowany politycznie. Potem odpuścił. Czy w dzisiejszych, kontrowersyjnych czasach teatr powinien, Pana zdaniem, angażować się w bieżące sprawy i być „publicystyczny”, czy jednak pozostać artystyczny?

K.G.: Teatr musi być zaangażowany politycznie, bo nie istnieje w oderwaniu od społeczeństwa i od polityki. Nie może być jednak zaangażowany politycznie tylko w sytuacji, gdy się coś dzieje, w sytuacji kontrowersji – na przykład wyboru jakiegoś dyrektora albo złego wyboru sztuki, która niby jest, a wcale nie jest kontrowersyjna, czy po prostu w wyniku sztucznego zamieszania. Wtedy uciekają ważne pytania, które stawiają twórcy teatru na kongresach, zebraniach… nie przebijają się istotne dla teatru zagadnienia, bo media są zainteresowane sensacją. Teatr absolutnie nie może uciekać od polityki, ale też nie może być komentatorem „wprost”. Od tego jest na przykład kabaret lub inne media, inni komentatorzy. Teatr powinien mieć własną ścieżkę, wyprzedzać w pewien sposób sytuacje, które się dzieją. Sztuka zawsze była ingerencją, stawiała pytania, tak zwaną nogę między drzwi. Nie mamy uprawiać teatru politycznego będącego filarem konkretnej opcji politycznej. Nie! Ale nie powinniśmy się też odrywać od społeczeństwa i jego problemów. Jednak bezpośredni komentarz polityczny jest absolutnie zbędny. Wyjątkiem od tej reguły jest Wyspiański i jego arcydzieło –  Wesele, w którym sportretował konkretnych ludzi w konkretnym miejscu i konkretnej sytuacji. Ale tak się składa, że wszystkie wątki Wesela pasują do wielu ludzi, do różnych krajów i miejsc na świecie oraz wielu sytuacji politycznych. To jest właśnie mistrzostwo teatru i mistrzostwo Stanisława Wyspiańskiego. Całkowita ponadczasowość.

A.K.M.: Jak się Pan zapatruje na postmodernizm w teatrze?

K.G: Żyjemy w czasach post postmodernizmu. Nawet sam już nie wiem, jak określić te nasze czasy… Zastanawianie się dzisiaj nad tym, czym jest postmodernizm i co powinniśmy z tym zrobić, to jak zastanawianie się nad Pisuarem Duchampa. To już było. Jesteśmy już dalej. Teatr musi znaleźć sobie nową drogę. Pocieszające jest to, że teatr istnieje od tysięcy lat, w różnej formie, a jednym z najstarszych zawodów na świecie jest właśnie zawód aktora. Teatr sobie zawsze poradzi. Jest czymś żywym, realistycznym. My powinniśmy podążać za nim, choćby najtrudniejszą drogą. Permanentne poszukiwanie – oto dzisiejszy teatr.

A.K.M.: Kiedyś słowo eklektyzm było odbierane jako negatywne, nieoryginalne, a w teatrze zachwycała czystość tekstu i formy. Dzisiaj eklektyzm dominuje mieszając teksty oryginalne z dopisywanymi. Jak się ma ta tendencja do przyszłych spektakli w Teatrze Słowackiego.

K.G.: Nie jestem ani za, ani przeciw. Widziałem wielokrotnie przedsięwzięcia, które stanowiły emanację znanych utworów dramatycznych, które grane były bez słów, albo były inscenizowane za pomocą innych niż w oryginale słów i były doskonałe! Nie chcę stanąć po stronie konserwatystów, którzy uważają że Szekspir powinien być Szekspirem do końca. Bo on nie żyje. Istnieje jego dzieło. Ono podlega interpretacjom, czy nam się to podoba, czy nie. Tak jak zmienia się świat. Trudno, żebyśmy zatrzymali się w miejscu. Przychodzą nowe pokolenia, które inaczej rozumieją teksty sprzed lat, sprzed wieków. Ale chcą je rozumieć.  Jeśli dochodzi do dekonstrukcji utworu czy sztuki, to oczekujemy, że z tego także powstanie dzieło, które nie będzie nudne, które zachowa podobny przekaz  i będzie co najmniej równe temu, co napisał nasz przykładowy Szekspir. Lub nie będzie tego zaburzać w istotny sposób, ale da nową jakość. Dlatego nie należy tego zabraniać. Teatr jest miejscem, w którym powstają rzeczy złożone z różnych elementów. To miejsce eksperymentu. Jeśli chcemy mieć doskonałego Szekspira, kupujemy książkę z tłumaczeniem. Choć tłumaczenie też stanowi już pewną interpretację. Ale gdy wchodzimy do teatru, to już nie jest książka, to nie Szekspir sprzed setek lat. To nowe dzieło, nad którym pracuje sztab realizatorów.

A.K.M.: Podczas konferencji prasowej ogłosił Pan, że patronem zmian w Teatrze Słowackiego będzie Stanisław Wyspiański.

K.G.: Stanisław Wyspiański ciągle nie ma swojego należytego miejsca w Krakowie. A jest nie tylko twórcą ponadczasowym. Jest przyszłością. Wyspiański widział w sztuce pewne rzeczy, które się zdarzają teraz. Miał odwagę przełamywania granic, które w jego czasach były nieprzekraczalne. Posiadał pewną wizjonerską potrzebę innego życia – na przykład otaczania się przedmiotami mającymi funkcję użytkową, ale jednocześnie spójnymi estetycznie z życiem, z czymś nowoczesnym, z tradycją. To jest tok myślenia, które teraz jest oczywiste. Ale w czasach, w których żył Wyspiański, nie było to takie ewidentne. Według mnie, a to nie jest tylko moje zdanie, jest to nasz największy twórca, szalenie nowoczesny. Mało tego, to wszystko wydarzyło się tutaj. Jesteśmy niemalże w jego domu. Teatr Słowackiego jest miejscem, gdzie odbyły się prapremiery najważniejszych jego sztuk. Dzisiaj jest to nobliwy budynek, ale na przełomie XIX i XX wieku było to miejsce awangardy, niesamowitych wydarzeń. To tu odbyła się prapremiera Dziadów w reżyserii Wyspiańskiego, prapremiera Wesela, Wyzwolenia.. Stąd wyszła cała plejada najważniejszych polskich artystów, którzy realizowali testament Wyspiańskiego. Różnorodnych artystów – od Witkacego po Kantora. Wyspiański nas otacza. Witraże u Franciszkanów, jego wzornictwo wnętrz, jego cudowne dramaty i wiersze. To był artysta totalny. My chcemy zrealizować to, co on chciał, o czym marzył. Wyspiański był odważny i my też chcemy tacy być. On wyzwalał. To jest najważniejsze. Dlatego powinniśmy go dokładnie poznać, poznać jego twórczość, i nie bać się jej. Powinien mieć swój dom w Krakowie. Powinien stać się ikoną tego miasta. I my postaramy się, żeby tak się stało.

A.K.M.: Trzymamy kciuki za spełnienie wszystkich tych zamierzeń.

 

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ