Rozmawiamy z Henrykiem Pasiutem  – producentem teatralnym, długoletnim animatorem i działaczem kultury, prezesem Stowarzyszenia Teatrów Nieinstytucjonalnych STeN w Krakowie.

Anna Kańska Małachowska: Jak odnajduje się Pan w tylu różnych rolach?

Henryk Pasiut: Każda z tych zawodowych sytuacji jest inna. Inaczej jest być etatowym pracownikiem instytucji kultury, a co innego prezesem organizacji pozarządowej, czy właścicielem impresariatu. Każda z tych funkcji rządzi się innymi prawami i w każdej z tych ról trzeba się inaczej zachowywać. Najprościej jest działać w obrębie systemu państwowego – ma się ustalony konkretny budżet na dany rok i trzeba się go tylko trzymać.                  W stowarzyszeniu pieniądze trzeba pozyskać, starając się o granty. We własnej działalności z kolei musisz pieniądze zainwestować, by kiedyś one ci się zwróciły.

A.K.M.: Podobno zwykły przypadek sprawił, że zaczął Pan działać na niwie producenckiej?

H.P.: Tak, to był zbieg okoliczności. Spotkaliśmy się z Aldoną Jankowską, aktorką, która przez ponad 20 lat była poza etatem w instytucjach kultury, i postanowiliśmy stworzyć program typu stand-up (Aldona była jedną z pierwszych aktorek, która pokusiła się o robienie stand-up’u) gramy go do dziś. Wyprodukowaliśmy go razem. Potem pokusiłem się o zrealizowanie rewii Różowe Konie jako koprodukcji mojej Kancelarii Artystycznej Faro z Teatrem Groteska. Grana była przez kilka lat w różnych miejscach: w Krakowie innych miastach, a nawet w Brukseli. Spektakl cieszył się sporym zainteresowaniem i przynosił radość widzom. Potem już całkowicie samodzielnie zrealizowałem monodram Aldony Jankowskiej pt.: Lataj z Krystyną, który gramy do dzisiaj. Niedawno udało się nam zrobić jego angielską wersję, która będzie prezentowana już wkrótce w jednym z warszawskich teatrów.

A.K.M.: Na czym polega praca producenta?

H.P.: Producent to w naszym kraju nowe zjawisko i nowy zawód. Trzeba w spektakl zainwestować własne pieniądze, albo pieniądze zdobyte od sponsorów. Pozyskiwanie sponsorów jest zadaniem bardzo trudnym, ponieważ trzeba kogoś przekonać, żeby wyłożył swoje pieniądze (a to każdy robi niechętnie – śmiech) na spektakl. Trzeba także pozyskać ludzi, którzy stworzą przedstawienie – artystów, reżysera, kompozytora, etc. Dzisiaj, jak Państwo zapewne zauważyli,  przy premierze filmu najpierw wymienia się producenta, a potem reżysera, bo jeśli producent dobrze dobierze zespół, to produkcja ma szansę stać się sukcesem.

A.K.M.: Gdzie pan się uczył fachu producenta?

H.P.: W zasadzie produkcji scenicznej nauczyłem się sam. Wcześniej wykonywałem różne zawody –  byłem kierownikiem planu filmowego, prowadziłem program radiowy. Największe doświadczenie, można rzec szlify, zdobyłem współpracując z moją serdeczną koleżanką Aldoną Jankowską. Często widz nie zdaje sobie sprawy z ilości osób zaangażowanych w produkcję teatralną, nie ma pojęcia, że za osobą jednego aktora kryje się cały sztab realizatorów. Ktoś musi przecież napisać tekst, skomponować muzykę, ułożyć choreografię, ustawić światła. Koszt wyprodukowania dobrego spektaklu to … odpowiednik dobrego samochodu. A rynek w Polsce jest taki, że produkt kulturalny wyprodukowany indywidualnie trudno jest sprzedać w teatrach instytucjonalnych. Dyrektorzy boją się konkurencji. Odzyskanie zainwestowanych pieniędzy trwa kilka lat.

A.K.M.: Dlaczego tak się dzieje?

H.P.: W naszym kraju większości wydaje się, że kultura powinna być za darmo. Gratis. W Warszawie,  jeśli ktoś kogoś zaprasza na spektakl, to wiadomo, że ta osoba musi kupić sobie bilet. W Krakowie oczekuje się, że to będzie za darmo, a najlepiej jeszcze z bankietem po spektaklu.

A.K.M.: Jak powstał pomysł na rewię drag queen?

H.P.: Najpierw chcę wyjaśnić, co to dokładnie oznacza: z angielskiego in drag oznacza bycie w przebraniu przeciwnej płci, a queen to oczywiście królowa. W połączeniu czyli  drag queen to określenie postaci scenicznej stwarzanej przez artystów, najczęściej płci męskiej, przy użyciu efektownych ubrań i mocnego makijażu. Pierwszy raz rewię drag queen widziałem podczas pobytu na festiwalu w Liverpoolu i w pewnym sensie zafascynował mnie show tego rodzaju. Z kolei parę lat temu zupełnie przypadkowo zgłosił się do mnie i do Aldony Paweł, który jako drag queen miał za sobą pierwsze występy w Polsce. Jak zobaczyłem jego nieporadność artystyczną połączoną z ogromną chęcią występowania na scenie, postanowiłem mu pomóc. Zrobiłem z nim stand-upowy program Stewardessa w przelocie, ale początkowo było to, co tu dużo mówić, dość nieporadne. Później zobaczyłem go jako Papinę McQueen w sylwestrowej rewii w Warszawie, która nie spodobała mi się z wielu względów. Wtedy właśnie powiedziałem sobie – a czemu nie wyprodukować samemu takiej rewii? Postanowiłem pokazać, że tego rodzaju rewia to sztuka, a drag queen to nie żadne dziwactwa, ale ludzie sztuki. To artyści, osoby o specyficznej wartości artystycznej: Brigitte Lady, Kim Lee, Papina McQuenn, Savannah Crystal to nasze gwiazdy. Bycie drag queen nie polega na tym że facet ubierze szpilki, wymaluje się, przyprawi sobie rzęsy i wyjdzie na scenę. To jest raczej tak, jak z tańczeniem flamenco. Jak ktoś pójdzie pierwszy raz  to popląsa sobie w jego rytm. Jednak prawdziwe flamenco to filozofia życia. Podobnie drag queen. Większość z nich to oczywiście osoby ze środowiska LGBT, ale nie wszyscy. Nie można utożsamiać ich z transseksualistami, czy transwestytami. To jest kreacja artystyczna. Myślę, że poprzez pokazywanie takich rewii można walczyć ze stereotypami. Pokusiłem się o to, żeby nasze rewie, nie były kojarzone wyłącznie z klubami LGBT, prezentacją w zamkniętych środowiskach, bo to jest sztuka uniwersalna. W cywilizowanym świecie dobre pokazy drag queen wypełniają kilkutysięczne hale widowiskowe. Myślę, że w Polsce, gdzie nastąpiło już tyle zmian obyczajowych, należy pokazywać nowe artystyczne produkty, a przez to różnorodność sztuki.

A.K.M.: Obserwowałam reakcje ludzi podczas krakowskiej rewii i muszę przyznać, że publiczność bardzo spontanicznie i gorąco reagowała na kolejne numery, a na koniec nie chciała wypuścić artystów ze sceny. Bisom nie było końca. Zasługa to zarówno zespołu oraz dowcipnego iluzjonisty Victora Febo.

H.P.: Na szczęście był koniec bisów (śmiech). Najtrudniejsze zadanie, to doprowadzenie widza do śmiechu i do zadowolenia. Producent, każdy producent powinien zdawać sobie sprawę z odpowiedzialności za publiczność. Widza trzeba szanować. Szanować jego czas, jego pieniądze. Nie można robić czegoś, co nie da mu satysfakcji, poczucia dobrze i miło spędzonego czasu. Drag queen mogą różnie opowiadać o kobiecie. Nam chodziło o to, aby płeć piękną pokazać…w jak najpiękniejszym świetle. I to się chyba nam udało, zarówno
w pierwszej rewii zatytułowanej Pokochaj mnie oraz w obecnej Divas Night. Ludzie po chwili łapią konwencję takiej a nie innej wypowiedzi artystycznej i świetnie się bawią. To poczytuję jako osobisty, producencki sukces. Nasi widzowie przychodzą na rewię po kilka razy na kolejne przyprowadzając swoich znajomych. Tak spędzony wieczór daje poczucie satysfakcji i wywołuje uśmiech na twarzy, który pozostaje. A o to przecież chodzi w sztuce  – by też sprawiała radość.

A.K.M.: Jako człowiek od zawsze związany z teatrem, ze sztuką – jakby Pan scharakteryzował współczesnego widza?

H.P.: Publiczność się zmienia. W dawnym ustroju potrzebowaliśmy innych bodźców, innego repertuaru  – chodziliśmy najczęściej na dramaty narodowe z podtekstem. Dzisiaj widzowie szukają w teatrze odpoczynku i relaksu. Jako producent muszę brać to pod uwagę. Staram się jednak, żeby za śmiechem szło jakieś przesłanie, głębsza myśl. Bo to jest misja sztuki.

A.K.M.: Jakie są plany rewii na najbliższy czas?

H.P.: Moim marzeniem jest, żeby w Polsce można było prezentować tego typu wartościowe widowiska w przestrzeni publicznej. Tak jak się to odbywa w całej Europie i świecie. Niestety rewia jest drogim spektaklem, z całym mnóstwem rekwizytów, kostiumów i akcesoriów. To wszystko tworzy magię, niezbędną dla każdego rewiowego show, ale jest kosztowne. Chciałbym doprowadzić do tego, aby móc zacząć zarabiać na mojej produkcji i prezentować ją szerszej, nie tylko krakowskiej publiczności. Mam nadzieję, że w końcu tak się stanie.

A.K.M.: Życzymy zatem sukcesów i dziękujemy za rozmowę. 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ