W domu Bernardy A. nie ma mężczyzn. Ostatni przedstawiciel tej płci – mąż i ojciec – właśnie zmarł. Multimedialna projekcja ukazuje trumnę z nieboszczykiem, do której wbijane są ostatnie gwoździe. Choć wokół domu kręcą się adoratorzy zainteresowani trzema córkami owdowiałej Bernardy, dziewczynami w wieku stosownym do zamążpójścia, ta stoi twardo i uparcie na straży ich czci. To apodyktyczna, pozbawiona wszelkich przejawów pozytywnych uczuć kobieta-potwór, dla której kreowanie pozorów stanowi treść życia. Córki Bernardy tęsknią za mężczyzną. Nie jest on im jednak potrzebny, by go kochać czy dzielić z nim życie. Bardziej chodzi o to, żeby go po prostu mieć i przede wszystkim – dzięki niemu móc wyrwać się ze znienawidzonego domu i spod kurateli opresywnej matki. Ten babski świat jest niesłychanie ubogi w formie – plotki, podchody, niekończące się intrygi, rywalizacja o miłość. Obok dramatu wynikającego ze straty męża i ojca, na scenie rozgrywa się inna tragedia. Wszystkie trzy córki Bernardy kochają bowiem jednego mężczyznę. Najstarsza ma za niego wyjść za mąż, średnia darzy go uczuciem, a najmłodsza nosi jego dziecko.

Reżyser Alejandro Radawski postawił na uniwersalny przekaz swojego spektaklu. Zamiast dekoracji mamy zatem w tle ekran, na którym wyświetlają się multimedialne projekcje stanowiące filmowe dopełnienie akcji toczącej się na scenie. Są też cztery okrągłe podia o różnej wysokości, które określają niejako hierarchię panującą w domu Bernardy A. Dla piątej bohaterki dramatu podium nie ma, wiadomo – służąca jest najniższym ogniwem tej matriarchalnej układanki. Kostiumy to też uniwersum. Nie wskazują na żadną epokę. Wszystkie w tonacji szarości i czerni. Fryzury i makijaże dość awangardowe, jakby inspirowane stylem z pokazów mody Karla Lagerfelda.

Tytułowa Bernarda A. w wykonaniu Ewy Kolasińskiej hipnotyzuje. To postać niemiła, okrutna, złowieszcza z zachowania i wyglądu. Świetny warsztat aktorski, no i ten charakterystyczny głos! Ilona Buchner z dużą klasą kreuje postać poczciwej i ciepłej, aczkolwiek niepozbawionej inteligencji służącej. Niestety córki w wykonaniu Aliny Szczegielniak (Angustias), Mai Wolskiej (Martirio) i Aleksandry Nowosadko (Adela) prezentują akademicki styl gry, nie osiągając ani na moment prawdy kreowanych postaci. W efekcie redukują energię i emocje, których dostarcza duet Kolasińska-Buchner.

Sztuka Federico G. Lorki nie straciła na swoim uniwersalnym przekazie. W mrocznej opowieści o córkach zniewolonych przez despotyczną matkę pisarz połączył tradycję z awangardą, a także wpływy klasycznej tragedii z symboliką modernizmu. Męsko-damskie stereotypy, rola kobiety w domowej hierarchii, przemoc domowa, czy gra pozorów – reżyserowi spektaklu udało się uzyskać uniwersalny wydźwięk dramatu napisanego przez Lorkę w latach 30. ubiegłego stulecia. Nie jest on jednak pozbawiony ułomności realizacyjnych, jak chociażby przydługie sceny, czy fragmenty o zbyt dużej statyce. Niemniej zachowany schemat tradycyjnego przedstawienia daje komfort odbioru, zwłaszcza w zestawieniu ze wszechobecnymi udziwnieniami realizacyjnymi na innych scenach.

Premierowy spektakl został nagrodzony nieowacyjnymi brawami. Na owację nie zasłużył. Ale z pewnością warto go obejrzeć. Choćby dlatego, że nie wpisuje się w dominujące trendy na wstręt do tradycji i dekonstrukcję klasyki. Wybierzcie się i sami oceńcie.

 

 


Stary Teatr. „Dom Bernardy A.” wg Federica Garcii Lorki.

Przekład: Rubi Birden

Reżyseria, adaptacja, scenografia: Alejandro Radawski

Kostiumy: Anna Czyż

Muzyka: Mieczysław Mejza

Reżyseria światła, wideo: Marcin Koszałka.

Premiera odbyła się 20 stycznia 2018 roku.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ