W grudniowe do południe, w gościnnych progach krakowskiej restauracji La Fontaine, spotkałam się z Andrzejem Zaryckim – kompozytorem, pianistą, aranżerem oraz pedagogiem. Prywatnie – przemiłym i serdecznym człowiekiem z wielką klasą i ujmującymi manierami. Gdy tylko Pan Andrzej usłyszał o zbliżających się moich urodzinach, natychmiast podarował mi swoją płytę z sympatyczną dedykacją. To dwuczęściowa kolekcja najbardziej znanych i lubianych utworów skomponowanych przez Artystę w wykonaniu wspaniałych gwiazd polskiej estrady, między innymi Anny Szałapak, Beaty Paluch, Janusza Radka czy Zbigniewa Wodeckiego.

A.M. Panie Andrzeju, jest Pan kompozytorem muzyki symfonicznej, oratoryjnej, teatralnej i filmowej. Ma Pan na swoim koncie także wiele wspaniałych piosenek literackich, jak choćby słynnego „Skrzypka Hercowicza” śpiewanego przez Ewę Demarczyk. Wachlarz muzycznych gatunków, które Pan tworzy jest imponujący. Czy fakt, iż nie poświęcił się Pan jednemu rodzajowi muzyki jest związany z tym, co powiedział Pan kiedyś w jednym z wywiadów, iż „muzykę tworzy się poza świadomością, a przekalkulowana to gniot”?

A.Z. Po części tak właśnie jest. Ale komponowanie utworów różnorodnych gatunkowo ma swoje źródło przede wszystkim w moim wykształceniu. Na studiach nauczono mnie gotowości. To taka cecha pozwalająca mi na bycie elastycznym zawodowo. Jestem zadaniowcem. Otrzymuję zlecenie i realizuję je. Oczywiście zdarzają się momenty, kiedy coś, lub ktoś mnie zainspiruje. Wtedy także siadam i tworzę. Ale głównie komponuję dlatego, że zaistnieje potrzeba, zamówienie. Potrafię pracować szybko i właściwie wszystkie moje najlepsze utwory nie rodziły się w bólach, ale powstały w krótkim okresie czasu.

A.M. Jaka jest zatem recepta, przepis (używając języka kulinarnego) na udaną kompozycję?

A.Z Utwór musi mieć duszę, robić wrażenie i dać się przeżywać. Tylko wówczas ma szansę na sukces.

A.M. Jak przebiegała Pana muzyczna edukacja. Z tego co wiem, od dziecka był Pan związany ze światem dźwięków i brzmień.

A.Z. Uczęszczałem do szkoły muzycznej w Zakopanem, gdzie się urodziłem. Grałem na fortepianie, ale kiedy dostałem akordeon, zakochałem się w tym instrumencie. Ponieważ sporo ważył, a szkoła była daleko, przewoziłem go w dziecięcym wózku. Po zajęciach woziliśmy się z kolegami tym wózkiem. Ale była frajda (śmiech!). Ale muzykę i występy uwielbiałem. Moje pierwsze popisy miały miejsce w kościele, podczas mszy, do których przygrywałem.

A.M. Muzyczną drogę z Zakopanego do Krakowa przebył  Pan kilka lat później, by kontynuować edukację w Liceum Muzycznym im. F. Chopina, a następnie w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej, gdzie zrobił Pan dyplom w klasie kompozycji profesora Lucjana Kaszyckiego.

A.Z. To jest bardzo ważna osoba w mojej zawodowej karierze. Profesor Kaszycki był niezwykłym pedagogiem, który upatrzył sobie kilka osób dających sobie radę lepiej niż inni  z ćwiczeniami z solfeża…Niektóre zadania zmuszały nas do komponowania prostych utworów.  Nie polegało to na ćwiczeniach ze słuchu, ale na pobudzaniu muzycznej wyobraźni. Pokazał nam inny wymiar muzyki – otworzył drzwi, które przed muzykami parającymi się klasyką pozostają często zamknięte. Jazz, swing, piosenka literacka – to wszystko odsunęło mnie w pewien sposób od grania klasyki, ale jednocześnie ukierunkowało w stronę kompozycji.

A.M. To właśnie w czasie studiów rozpoczęła się Pana przygoda z piosenką, która trwa nieprzerwanie do dzisiaj….

A.Z. Tak, to prawda. Na tablicy z ogłoszeniami znalazłem anons kabaretu działającego przy Uniwersytecie Jagiellońskim o wakacie pianisty-akompaniatora. To był popularny wówczas kabaret – Teatrzyk Piosenki Hefajstos. Teksty pisali tam znani poeci, między innymi Leszek Aleksander Moczulski i Leszek Długosz. Ale samo ogłoszenie nie byłoby tak atrakcyjne, gdyby nie dodatkowa wzmianka o gwarantowanym dla pianisty miejscu w pokoju akademickim. To było coś dla chłopaka mieszkającego kątem u rodziny! Nie pamiętam dokładnie, jak przebiegła „rozmowa kwalifikacyjna”, ale historia głosi, że drzwi otworzył mi sam Leszek Długosz, i gdy zobaczył elegancko ubranego studenta w garniturze i pod krawatem, nie miał wątpliwości, żeby mnie przyjąć w szeregi kabaretowej braci.

A.M. Zaczął Pan komponować piosenki…

A.Z. W Hefajstosie postanowiłem rozwinąć skrzydła jako kompozytor piosenek i udało się! Podczas konkursu piosenki studenckiej za utwór „Dniepr” zostałem nagrodzony i wtedy właśnie, czy też zaraz potem wypatrzył mnie, a raczej wysłuchał Piotr Skrzynecki i zaproponował współpracę z Piwnicą Pod Baranami. Jestem z natury osobą bardzo skromną i było to dla mnie wielkie wyróżnienie, ale też niezręczna sytuacja. I to podwójnie niezręczna – z jednej strony zespół Hefajstosa nie był zachwycony zaproszeniem Piotra Skrzyneckiego, a z drugiej miałem świadomość, że Piwnica Pod Baranami posiada świetnego kompozytora – był nim Zygmunt Konieczny. Sprawa jednak sama się rozwiązała, ponieważ moja rodzina podjęła decyzję o emigracji za ocean. Do USA udaliśmy się wszyscy.

A.M. Ameryka jednak nie wydała się Panu na tyle atrakcyjna, żeby tam zostać..

A.Z. Po moich doświadczeniach z krakowską bohemą artystyczną nie było szans, bym się odnalazł w Stanach. Na pokładzie statku „Batory”, którym wracałem do kraju spotkałem Ewę Demarczyk. To spotkanie zaważyło na moich dalszych artystycznych losach – objąłem kierownictwo muzyczne jej zespołu, komponowałem oraz tworzyłem aranże recitali. To było 19 lat pięknej, ale i trudnej współpracy.

A.M. Muzyczny, zawodowy związek z Ewą Demarczyk zakończył się w 1986 roku… rozpoczął Pan kolejny, nowy etap kompozycji…

A.Z. Ewa Demarczyk nie życzyła sobie, bym komponował dla innych, współpracując jednocześnie z nią. Szanowałem ten wymóg. Lecz później nie było już żadnej sprzeczności interesów. Od tego momentu komponowałem muzykę filmową, symfoniczną… sam nie liczyłem, ale źródła podają, że mogę się pochwalić oprawą muzyczną do około 300 przedstawień teatralnych i telewizyjnych. Byłem kierownikiem muzycznym krakowskiego Teatru Groteska i opolskiego Teatru im. J. Kochanowskiego.

A.M. Jest Pan aktywnym kompozytorem, ale także pedagogiem –  w Szkole Muzycznej II stopnia im. W. Żeleńskiego w Krakowie uczy Pan interpretacji piosenki…

A.Z. Ta praca daje mi wiele satysfakcji. Mamy tak wiele uzdolnionej młodzieży! Ponieważ sam przez tyle lat napatrzyłem i nasłuchałem się znakomitych wykonań moich, i nie tylko moich kompozycji, chciałbym przekazać swoją wiedzę młodym. Tym najbardziej obiecującym pomagam w organizowaniu występów i pośredniczę czasami w ich drodze na muzyczny szczyt.

A.M. Na afiszu Opery Krakowskiej od niedawna gości wspaniały spektakl dla dzieci pt. „Muzyka i Magia”. Jak powstaje pomysł na muzykę do takiego przedstawienia?

A.Z. Zapoznaję się z treścią scenariusza. Spędzam dużo czasu na rozmowach z reżyserem. Wyobrażam sobie postaci – szukam sposobu, w jaki można je czytelnie muzycznie nakreślić …siadam na kilka godzin dziennie i piszę … Pewnie ciekawi Panią w jakim czasie powstała muzyka do … „Muzyki i Magii”…?

A.M. Takie miało być moje kolejne pytanie…

A.Z. W sumie dwa miesiące. Prymki, wyciągi fortepianowe powstają szybko. Zdecydowanie dłużej pisze się partyturę.

A.M. Panie Andrzeju, z okazji zbliżających się Świąt, życzę Panu wyłącznie pięknych brzmień wokoło i wielu wspaniałych utworów, które sprawią radość zarówno Panu, jak i nam, słuchaczom.

A.Z. A ja życzę Pani cudownych urodzin …

ps. Dziękuję za życzenia oraz przemiłe spotkanie!

źródło: malanart.blogspot.com

ZOSTAW ODPOWIEDŹ