Z biegiem lat, z biegiem dni… w Teatrze Słowackiego

Z biegiem lat, z biegiem dni… w Teatrze Słowackiego

1160

Tytuł brzmi obiecująco. Z biegiem lat, z biegiem dni to wszak jeden z wielkich, niezapomnianych spektakli, który Mistrz Wajda wyreżyserował w 1978 roku w Starym Teatrze w Krakowie. Przedstawienie to stało się pierwowzorem serialu w reżyserii duetu Wajda- Kłosiński opowiadającego losy dwóch krakowskich rodzin w latach 1874-1914, będącego adaptacją utworów pisarzy młodopolskich i międzywojennych. Teksty Bałuckiego, Zapolskiej, Kisielewskiego, Kaweckiego i Kadena-Bandrowskiego zebrała w jedną całość Joanna Olczak-Ronikier tworząc scenariusz opisujący polskie społeczeństwo przełomu XIX i XX wieku.

Gdzie jest Pepi?

Agnieszka Glińska postanowiła zmierzyć się z wielkim mistrzem i jego dziełem wedle swojej osobistej wizji. Skróciła znacznie pierwotny scenariusz, ale za to wprowadziła własne wątki i postaci. Jako bohaterka przewodnia spektaklu jawi się prababka reżyserki, Pepi Weiss – panna z zamożnej, żydowskiej rodziny, która zginęła w 1944 roku w obozie w Skarżysku-Kamiennej. Obecność Pepi jest dwuosiowa -występuje w projekcji starych fotografii oraz jako młoda dziewczyna przewijająca się pośród innych postaci będąc obserwatorką wydarzeń. Zamierzenie Agnieszki Glińskiej, aby rodzinny wątek o prababce wpleść w scenariusz spektaklu – choć samo w sobie interesujące, poprzez sposób realizacji okazało się nie do końca trafione. Obecność enigmatycznej, prawie milczącej Pepi miała niewątpliwie przywołać pamięć o Żydach, którzy żyli w tamtych czasach pośród krakowskiej społeczności, a którzy przetrwali jedynie w pamięci potomnych, pozbawieni mogił. Jednak rodzinna historia jako punkt wyjściowy i oś spektaklu okazała się zbyt wątłym ogniwem łączącym ją ze znakomitym scenariuszem Joanny Olczak-Ronikier.

fot.archiwum teatru
Z biegiem akcji

Zastosowane przez Agnieszkę Glińską skróty spowodowały spory chaos. Pomieszane wątki z Zapolskiej, Boya-Żeleńskiego czy Przybyszewskiego, nie zawsze klarowne przekazywanie sobie przez aktorów ról, do tego mało urozmaicone kostiumy, brak wyrazistości postaci i monotonia przekazu spowodowały, że spektakl momentami tracił dynamikę i stawał się nużący. Dużo dobrej energii wniósł zespół aktorski, obecny na scenie przez cały czas trwania spektaklu (a więc ponad trzy godziny). Aktorzy dobrze poradzili sobie z trudnymi (choć nie do końca jasnymi dla widza) wyzwaniami polegającymi między innymi na intensywności układów choreograficznych w połączeniu z niełatwymi zadaniami wokalnymi. Miałam jednak wrażenie, że śpiewu jest zbyt dużo i niekiedy wręcz dominuje nad mówionym równolegle tekstem. A kiedy tekst nie dociera, a akcji brak, przekaz traci klarowność.

Z wybranych przez reżyserkę fragmentów pierwotnego scenariusza, największą przyjemność sprawiły publiczności niewątpliwie sceny z Moralności pani Dulskiej, a w nich trafnie, choć niekiedy na przekór dobrani do ról aktorzy. Interesująca była też niebanalna konstrukcja akcji scenicznej zbudowanej wbrew tradycyjnym interpretacjom, kiedy to cały zespół aktorski wędrował wraz z Felicjanem Dulskim na Kopiec Kościuszki, bądź też kiedy ustawiony w równy rząd, podczas apogeum konfliktu, podawał tekst jak w radiowym słuchowisku. 

Spektakl

Niezależnie od wszystkich nasuwających się wątpliwości, spektaklu nie można zaliczyć do złych przedstawień. Co prawda widzowie pamiętający arcydzieło Wajdy twierdzą, że trudno go stawiać w jednym z rzędzie z wielkim pierwowzorem, jednak myślę, że warto go polecić przede wszystkim młodej publiczności choćby dlatego, że pokazuje ważne karty historii Krakowa, nie posługując się przy tym nowomodnymi środkami nadekspresji.

NO COMMENTS

LEAVE A REPLY