12 października w Teatrze Groteska odbędzie się niecodzienne wydarzenie. Ceniony aktor teatralny i filmowy Andrzej Grabowski wystąpi w zupełnie nowej roli i zaprezentuje swoje… wokalne oblicze, w premierowym koncercie zatytułowanym „Andrzej Grabowski&Cedury”. Za sprawą projektu muzycznego Piotra Krakowskiego oraz tekstów Wojtka Klimczyka, Andrzej Grabowski da się poznać nie tylko jako artysta komediowo-kabaretowy, ale także jako poeta i filozof rozmyślający nad sensem życia i przemijaniem.

W naszej rozmowie Andrzej Grabowski opowiedział o swoim najnowszym projekcie.

Anna Małachowska: Pana dorobek artystyczny jest niezwykle bogaty. Krakowska publiczność kocha Pana za wspaniałe kreacje w spektaklach „Chory z urojenia”, „Spowiedź chuligana”, czy „Scenariusz dla trzech aktorów”, a także za Ferdka Kiepskiego. Jak się ma do tego Pana projekt muzyczny? Czy to chęć pokazania innego oblicza?

Andrzej Grabowski: Ja sam jestem ciekawy, co to jest (śmiech). Nie wiem, jak to będzie wyglądało i nie mam żadnych wyobrażeń, bo to jest premiera. Nie zdecydowałem jeszcze, które piosenki wybiorę i zaśpiewam. Na pewno nie będzie to tak zwany „spontan”, bo wiadomo – musimy się spotkać z zespołem i ustalić ostateczną formę koncertu. Nie jestem piosenkarzem i nie mam żadnej ambicji, żeby nim być. Śpiewać nie umiem – śpiewam jak śpiewam, bardziej coś mruczę i chrypię, niż śpiewam…

Anna Małachowska: Skąd zatem pomysł, żeby jednak śpiewać?

Andrzej Grabowski: To nie był mój pomysł! Zostałem zaproszony do współpracy przez dyrektora Weltschka (przyp. red. dyrektora Teatru Groteska). A skąd się w ogóle wzięło to moje śpiewanie? Jakieś dziesięć lat temu zgłosiło się do mnie dwóch młodych ludzi z Częstochowy, którzy zaproponowali mi udział w koncercie poświęconym Maklakiewiczowi i Himmilsbachowi na Targu Węglowym w Gdańsku. Miałem tam zaśpiewać dwie piosenki, na co się zgodziłem. W zasadzie to nie wiem, dlaczego się zgodziłem (śmiech). Powinienem się nie zgodzić, bo ja nie śpiewam. Co innego jest śpiewać w teatrze, a co innego wyjść na estradę i śpiewać na żywo z zespołem. Dodatkowym stresem był dla mnie skład współwykonawców: Banaszak, Soyka, Maleńczuk… No ale jakoś mi poszło na tym koncercie (śmiech). Potem została wydana płyta – jej nagranie już było całkiem miłe, bo dzisiejsza technika bardzo sprzyja wykonawcom… Jedna z tych piosenek „Jest dobrze” była na liście przebojów Trójki 28 tygodni, w tym dwa tygodnie na pierwszym miejscu. W związku z tym sukcesem Krzysztof Niedźwiecki, kompozytor tych piosenek, zaczął mnie namawiać na solową płytę. No to ja zwróciłem się do moich przyjaciół: Janka Nowickiego, Janka Wołka, Andrzeja Poniedzielskiego, Krzyśka Nowaka z prośbą o napisanie tekstów, sam też coś napisałem i tak powstała płyta „Mam prawo czasami banalnie”. Tytuł powstał przypadkiem, od tytułów trzech pierwszych piosenek: „Mam prawo”, „Czasami”, „Banalnie”. Później powstała druga płyta, z tekstami Janka Wołka i muzyką Krzysztofa Niedźwieckiego pt. „Cudne jest nudne”. Takie „Wołkowe” klimaty bym powiedział. Piękne teksty, muzyka też, najgorzej z wykonaniem ….ale tam jest jedna piosenka, którą uwielbiam – „Dzieciaki z Alwerni”, bo ja stamtąd pochodzę. Piosenka jest mniej więcej o tym, że jak byliśmy dziećmi, to inaczej postrzegaliśmy świat, inaczej nam się jawił… może banalne, ale samo życie jest banalne, podobnie jak miłość i śmierć….

Anna Małachowska: Potem miał Pan przerwę w nagrywaniu…

Andrzej Grabowski: … dokąd nie pojawił się Tomek Sierajewski, kompozytor, który mnie namówił na nagranie kolejnych dziesięciu piosenek, z których powstała wydana w tym roku płyta „Pechy i peszki”. No i tak powstała trzecia solowa płyta faceta, który nie umie śpiewać! (śmiech). A w zeszłym roku przed wakacjami zadzwonił do mnie Piotrek Krakowski z propozycją, a jakże!, żebym zaśpiewał. Choć jemu także usiłowałem wytłumaczyć, że nie umiem, na nic się to zdało. Nagraliśmy piosenkę „Plaża, plaża, plaża”. Spodobała mi się współpraca z Piotrkiem, a że w Krakowie bywam od czasu do czasu, to w sumie tak jakoś wyszło, że nagraliśmy ponad dwadzieścia piosenek. Część tekstów napisałem sam, część z nich jest autorstwa Wojtka Klimczyka. Muzykę napisał Piotr Krakowski, który skomponował utwory melodyjne, co bardzo mi się w nich podoba, bo łatwiej je śpiewać i wpadają w ucho. I to właśnie te piosenki zaśpiewam 12 października w Grotesce! Jeszcze się zastanawiam, które z nich wybrać na ten wieczór, czy te bardziej refleksyjne, czy może pójść w stronę tych wesołych. Pewnie skończy się na sprawdzonym scenariuszu – zacznę od tych bardziej nastrojowych, a skończę na wesoło, żeby widz wyszedł uśmiechnięty.

Anna Małachowska: Czy śpiewanie, choć kokieteryjnie podkreśla Pan, że nie potrafi, sprawia Panu przyjemność?

Andrzej Grabowski: Trudno powiedzieć, że mam frajdę ze śpiewania. Czasem jestem zdziwiony, że coś faktycznie zaśpiewałem. Zwłaszcza, jak słucham nagrania. Bo nagrywanie płyt sprawia mi przyjemność. Jak potem odsłuchuję, to sam nie wierzę, że dałem rady. Nigdy nie śpiewałem koncertu, więc 12 października okaże się, czy mnie i widzom sprawiło to przyjemność. A może to będzie pierwszy i ostatni koncert, bo publiczność mnie wygwiżdże?

Anna Małachowska: Czy ten wieczór będzie wypełniony wyłącznie piosenkami?

Andrzej Grabowski: Będzie na pewno więcej śpiewania, niż gadania, ale ponieważ lubię gadać, to coś publiczności opowiem. Ale jak mi się będzie źle śpiewało, to… przestanę śpiewać i będę tylko opowiadał! Bo to bardziej potrafię.

Anna Małachowska: Słowem, 12 października w Grotesce czeka nas niespodzianka?

Andrzej Grabowski: Mnie też!